– Dajcie nam czas, by popracować. Myślę jednak, że w ciągu najbliższych czterech lat zdobędziemy choć jeden tytuł – powiedział Jürgen Klopp na pierwszej konferencji po objęciu Liverpoolu. Systematyczny rozwój zespołu i wzmocnienia sprawiły, iż cel „The Reds” w przyszłym sezonie będzie tylko jeden – mistrzostwo Anglii.
Objęcie posady menadżera Liverpoolu przez Jürgena Kloppa w październiku 2015 roku było pierwszym zwiastunem wiosny na Anfield Road. Lata niepowodzeń i kompromitacji sprawiły, iż w osobie niemieckiego szkoleniowca kibice „The Reds” zobaczyli zbawcę, który miał przywrócić klub do europejskiej czołówki. Optymizm i pasja Kloppa rozprzestrzeniły się w Liverpoolu niczym wirus, zarażając wszystkich związanych z klubem.
Pełni wiary
– Podjąłem pracę w Liverpoolu nie dlatego, że Liverpool się do mnie zgłosił, lecz dlatego, że wierzę w ten zespół i w jego potencjał. Musimy zmienić swoje podejście – przestańmy wątpić, zacznijmy wierzyć – powiedział Klopp tuż po objęciu posady menadżera zespołu „The Reds”. Wypowiedź niemieckiego szkoleniowca podbudowała zaniżone przez lata porażek morale oraz wlała w serca kibiców nadzieję na lepsze jutro.
Słowa Kloppa nie okazały się tylko kurtuazją. Niemiec zaufał zawodnikom, których zastał w klubie, wzmacniając w styczniu skład tylko jednym graczem (Stevenem Caulkerem wypożyczonym z QPR). Klopp wierzył w zespół, a zespół uwierzył w Kloppa.
Poza wprowadzeniem swojej filozofii gry Niemiec musiał zająć się naglącym problemem – poprawą podupadłych morale zespołu po ostatnich nieudanych sezonach. Stało się to nadspodziewanie szybko. Już po kilku tygodniach atmosfera w zespole ulegała poprawie. Zawodnicy uwierzyli we własne siły i w to, że mogą odnieść sukces. Zespół Liverpoolu zaczynał przypominać szczęśliwą rodzinę, której głową został Jürgen Klopp.
Pasję i zażyłość panujące w szatni „The Reds” najlepiej uwidoczniła reakcja drużyny na bramkę Adama Lallany na 4:5 w niesamowicie emocjonującym wyjazdowym meczu przeciwko Norwich City.
Świetna atmosfera panująca w zespole Liverpoolu nie zmieniła faktu, że drużyna potrzebowała czasu na zaadoptowanie się do gegenpressingu – stylu gry preferowanego przez Jürgena Kloppa opartego m.in. na bardzo intensywnym pressingu oraz natychmiastowym przejściu z obrony do ataku. Nauka nowej filozofii musiała mieć odzwierciedlenie w wynikach, które najbardziej rzutowały na lokatę w tabeli Premier League.
Słabą dyspozycję w lidze zawodnicy Liverpoolu wynagrodzili kibicom świetną postawą w rozgrywkach pucharowych, w których „The Reds” dotarli do dwóch finałów. W Pucharze Ligi Liverpool musiał uznać wyższość Manchesteru City, lecz dopiero po serii rzutów karnych. Natomiast w finale Ligi Europy Liverpool przegrał z hiszpańską Sevillą. Jednak wydarzenia związane z występami „The Reds” na arenie europejskiej pozostaną zapewne na długo w pamięci kibiców.
Zespół Kloppa przez całą edycję pewnie kroczył do finału rozgrywek, choć na drodze Liverpoolu stawały takie zespoły jak Manchester United oraz Borussia Dortmund. Szczególnie spotkanie rewanżowe z niemieckim klubem przyniosło wielkie emocje, a „The Reds” do ostatnich minut musieli walczyć o awans.
https://www.youtube.com/watch?v=7z8N1DhgVZA
Spotkanie z BvB sprawiło, że po wielu latach na Anfield Road powróciła pamięć o magicznych europejskich nocach, z których słynie stadion Liverpoolu. Oczekiwania wobec następnego sezonu i apetyty kibiców były ogromne.
Bez Europy, ale tylko rok
Brak awansu do europejskich pucharów miał być największym atutem Liverpoolu w nowej kampanii. Dłuższy odpoczynek pomiędzy spotkaniami od innych zespołów z czołówki Premier League miał pomóc „The Reds” w szczególności pod koniec sezonu, gdy zmęczenie wkracza w ostateczną fazę.
Wyjazd do USA i ciężkie treningi w kalifornijskim słońcu miały jednak przygotować wydolnościowo zawodników Liverpoolu na każde wyzwanie. W celu upewnienia się, że tak się stanie, Klopp wzmocnił sztab szkoleniowy Andreasem Kornmayerem – specjalistą od przygotowania fizycznego. Liverpool w pełni wkroczył w erę gegenpressingu.
Od początku sezonu 2016/2017 „The Reds” prezentowali się tak, jak oczekiwał tego niemiecki szkoleniowiec. Liverpool grał agresywnie w odbiorze i skutecznie w ofensywie. Nowe nabytki klubu – Sadio Mane, Joel Matip oraz Georginio Wijnaldum – płynnie wkomponowały się w zespół, co potwierdziło, iż Klopp ma plan na budowę drużyny.
Jednak już pod koniec listopada widać było pierwsze oznaki przeciążenia w zespole „The Reds”. Zawodnicy Liverpoolu coraz bardziej męczyli się, grając z zazwyczaj głęboko cofniętymi przeciwnikami, często nie potrafiąc sforsować defensywy rywala. Kryzys, który dotknął zespół na początku stycznia 2017 roku, sprawił, iż „The Reds” w ciągu kilku dni odpadli z obu krajowych pucharów. Ponadto Liverpool do ostatniej kolejki musiał walczyć o miejsce w czołowej czwórce, gwarantującej grę w fazie grupowej Ligi Mistrzów bądź eliminacjach.
Tym samym Klopp spełnił minimalne oczekiwania przedsezonowe. Co prawda brak jakiegokolwiek trofeum uznano za porażkę, gdyż „The Reds” ostatni puchar zdobyli w styczniu 2012 roku, lecz powrót do Europy napawał optymizmem.
Transfery i tupiący nóżką Coutinho
Letnie okno transferowe przed obecnym sezonem pokazało, iż wielu klasowych zawodników zaczęło spoglądać na Liverpool jako na potencjalnego nowego pracodawcę. Po raz pierwszy od lat klub z Anfield Road stał się konkurencyjny na transferowym rynku.
Głównym letnim celem Kloppa było pozyskanie szybkiego i skutecznego gracza, który uzupełniałby się z Roberto Firmino oraz Sadio Mane. Wybór padł na Mohameda Salaha, choć Egipcjanin nie był pierwszym nazwiskiem na liście niemieckiego szkoleniowca. Liverpool wzmocnił także Alex Oxlade-Chamberlain. Ponadto „The Reds” już latem domknęli transfer Naby’ego Keity, który na Anfield Road trafi jednak dopiero po zakończeniu obecnego sezonu.
Wszystkie wzmocnienia spowite zostały jednak cieniem żądań Philippe Coutinho. Brazylijczyk koniecznie już latem chciał opuścić Anfield Road i przenieść się do Barcelony. Liverpool postawił jednak weto. Saga z Coutinho w roli głównej popsuła atmosferę w szatni, co musiało mieć wpływ na niemrawy początek sezonu w wykonaniu podopiecznych Kloppa.
Co ma wisieć, nie utonie, i tak Coutinho ku swej wielkiej radości odszedł do Barcelony w styczniowym oknie transferowym. Liverpool wzmocnił się natomiast klasowym defensorem – Virgilem van Dijkiem. Gdy wydawało się, że odejście Brazylijczyka mocno poturbuje zespół z Anfield Road, stało się coś zupełnie odmiennego.
Coutinho z wozu, Liverpoolowi lżej
Po zakończeniu sagi związanej z transferem Coutinho na Anfield Road jakby nadeszła wiosna. Agresja i chęć zwycięstwa była widoczna jak nigdy wcześniej, a zamiast lizać rany po stracie najlepszego gracza, „The Reds” ograli na Anfield Road niepokonany wówczas w lidze Manchester City.
Paradoksalnie odejście Coutinho okazało się największym wzmocnieniem Liverpoolu. Gdy Brazylijczyk reprezentował jeszcze barwy „The Reds”, gra często była zwalniana, gdyż inni zawodnicy woleli podać do filigranowego pomocnika, niż wziąć odpowiedzialność na własne barki. Teraz uległo to zmianie i każdy zawodnik Liverpoolu jest pod grą. Po odejściu Coutinho pełnię umiejętności zaczął pokazywać niedoceniany dotąd Roberto Firmino. Wraz z Mohamedem Salahem i Sadio Mane stworzyli świetnie rozumiejący się tercet, który jest jedną z najlepszych linii ataku w Europie. Ofensywne trio w obecnym sezonie zdobyło już 73 bramki.
Cudowną przemianę zaliczyła również defensywa. Loris Karius w końcu zaczął bronić na światowym poziomie. Wraz z Virgilem van Dijkiem stworzył podwaliny solidnej defensywy. Do obu graczy dostosowała się reszta bloku obronnego. To wszystko sprawiło, że Liverpool praktycznie nie musi obawiać się o miejsce w czubie tabeli, gdyż zespół Kloppa wygrywa seriami. Coś, co podczas obecności na Anfield Road Philippe Coutinho nie miało miejsca.
Jasny cel
Niesamowity rozwój, jaki zespól Liverpoolu zanotował szczególnie w ostatnich miesiącach, sprawia, że na Anfield Road znów głośno zaczęto mówić o mistrzowskich aspiracjach. Obecnie każdy gracz „The Reds” czuje się częścią czegoś większego. Częścią zespołu, który może wiele osiągnąć.
Latem planowane są kolejne wzmocnienia, dzięki którym Klopp dołoży ostatnie klocki do swojej układanki. Chętnych na grę w barwach „The Reds” nie brakuje.
– Liverpool to zespół, którego nie trzeba przedstawiać. Gra na Anfield Road byłaby dla mnie spełnieniem marzeń – powiedział ostatnio Abdoulaye Doucoure, pomocnik Watfordu, o którego pozyskanie walczą zespoły top 6.
Podobnie pochlebnych wypowiedzi można spotkać bardzo wiele. Liverpool nie jest już postrzegany jako stara panna, lecz jako jedna z najatrakcyjniejszych partii w Europie. Zawodnicy innych zespołów chwalą atmosferę, Kloppa oraz ofensywne trio, którego grę śledzi coraz większa część świata.
– Dajcie nam czas, by popracować. Myślę jednak, że w ciągu najbliższych czterech lat zdobędziemy choć jeden tytuł – powiedział Jürgen Klopp na pierwszej konferencji po objęciu Liverpoolu. Już niedługo Niemiec wkroczy w ten ostatni, czwarty rok. Cel w następnym sezonie będzie tylko jeden i będzie jak najbardziej realny do zrealizowania – mistrzostwo Anglii.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
– Dajcie nam czas, by popracować. Myślę jednak, że w ciągu najbliższych czterech lat zdobędziemy choć jeden tytuł – powiedział Jürgen Klopp na pierwszej konferencji po objęciu Liverpoolu. Systematyczny rozwój zespołu i wzmocnienia sprawiły, iż cel „The Reds” w przyszłym sezonie będzie tylko jeden – mistrzostwo Anglii.
Objęcie posady menadżera Liverpoolu przez Jürgena Kloppa w październiku 2015 roku było pierwszym zwiastunem wiosny na Anfield Road. Lata niepowodzeń i kompromitacji sprawiły, iż w osobie niemieckiego szkoleniowca kibice „The Reds” zobaczyli zbawcę, który miał przywrócić klub do europejskiej czołówki. Optymizm i pasja Kloppa rozprzestrzeniły się w Liverpoolu niczym wirus, zarażając wszystkich związanych z klubem.
Pełni wiary
– Podjąłem pracę w Liverpoolu nie dlatego, że Liverpool się do mnie zgłosił, lecz dlatego, że wierzę w ten zespół i w jego potencjał. Musimy zmienić swoje podejście – przestańmy wątpić, zacznijmy wierzyć – powiedział Klopp tuż po objęciu posady menadżera zespołu „The Reds”. Wypowiedź niemieckiego szkoleniowca podbudowała zaniżone przez lata porażek morale oraz wlała w serca kibiców nadzieję na lepsze jutro.
Słowa Kloppa nie okazały się tylko kurtuazją. Niemiec zaufał zawodnikom, których zastał w klubie, wzmacniając w styczniu skład tylko jednym graczem (Stevenem Caulkerem wypożyczonym z QPR). Klopp wierzył w zespół, a zespół uwierzył w Kloppa.
Poza wprowadzeniem swojej filozofii gry Niemiec musiał zająć się naglącym problemem – poprawą podupadłych morale zespołu po ostatnich nieudanych sezonach. Stało się to nadspodziewanie szybko. Już po kilku tygodniach atmosfera w zespole ulegała poprawie. Zawodnicy uwierzyli we własne siły i w to, że mogą odnieść sukces. Zespół Liverpoolu zaczynał przypominać szczęśliwą rodzinę, której głową został Jürgen Klopp.
Pasję i zażyłość panujące w szatni „The Reds” najlepiej uwidoczniła reakcja drużyny na bramkę Adama Lallany na 4:5 w niesamowicie emocjonującym wyjazdowym meczu przeciwko Norwich City.
Świetna atmosfera panująca w zespole Liverpoolu nie zmieniła faktu, że drużyna potrzebowała czasu na zaadoptowanie się do gegenpressingu – stylu gry preferowanego przez Jürgena Kloppa opartego m.in. na bardzo intensywnym pressingu oraz natychmiastowym przejściu z obrony do ataku. Nauka nowej filozofii musiała mieć odzwierciedlenie w wynikach, które najbardziej rzutowały na lokatę w tabeli Premier League.
Słabą dyspozycję w lidze zawodnicy Liverpoolu wynagrodzili kibicom świetną postawą w rozgrywkach pucharowych, w których „The Reds” dotarli do dwóch finałów. W Pucharze Ligi Liverpool musiał uznać wyższość Manchesteru City, lecz dopiero po serii rzutów karnych. Natomiast w finale Ligi Europy Liverpool przegrał z hiszpańską Sevillą. Jednak wydarzenia związane z występami „The Reds” na arenie europejskiej pozostaną zapewne na długo w pamięci kibiców.
Zespół Kloppa przez całą edycję pewnie kroczył do finału rozgrywek, choć na drodze Liverpoolu stawały takie zespoły jak Manchester United oraz Borussia Dortmund. Szczególnie spotkanie rewanżowe z niemieckim klubem przyniosło wielkie emocje, a „The Reds” do ostatnich minut musieli walczyć o awans.
https://www.youtube.com/watch?v=7z8N1DhgVZA
Spotkanie z BvB sprawiło, że po wielu latach na Anfield Road powróciła pamięć o magicznych europejskich nocach, z których słynie stadion Liverpoolu. Oczekiwania wobec następnego sezonu i apetyty kibiców były ogromne.
Bez Europy, ale tylko rok
Brak awansu do europejskich pucharów miał być największym atutem Liverpoolu w nowej kampanii. Dłuższy odpoczynek pomiędzy spotkaniami od innych zespołów z czołówki Premier League miał pomóc „The Reds” w szczególności pod koniec sezonu, gdy zmęczenie wkracza w ostateczną fazę.
Wyjazd do USA i ciężkie treningi w kalifornijskim słońcu miały jednak przygotować wydolnościowo zawodników Liverpoolu na każde wyzwanie. W celu upewnienia się, że tak się stanie, Klopp wzmocnił sztab szkoleniowy Andreasem Kornmayerem – specjalistą od przygotowania fizycznego. Liverpool w pełni wkroczył w erę gegenpressingu.
Od początku sezonu 2016/2017 „The Reds” prezentowali się tak, jak oczekiwał tego niemiecki szkoleniowiec. Liverpool grał agresywnie w odbiorze i skutecznie w ofensywie. Nowe nabytki klubu – Sadio Mane, Joel Matip oraz Georginio Wijnaldum – płynnie wkomponowały się w zespół, co potwierdziło, iż Klopp ma plan na budowę drużyny.
Jednak już pod koniec listopada widać było pierwsze oznaki przeciążenia w zespole „The Reds”. Zawodnicy Liverpoolu coraz bardziej męczyli się, grając z zazwyczaj głęboko cofniętymi przeciwnikami, często nie potrafiąc sforsować defensywy rywala. Kryzys, który dotknął zespół na początku stycznia 2017 roku, sprawił, iż „The Reds” w ciągu kilku dni odpadli z obu krajowych pucharów. Ponadto Liverpool do ostatniej kolejki musiał walczyć o miejsce w czołowej czwórce, gwarantującej grę w fazie grupowej Ligi Mistrzów bądź eliminacjach.
Tym samym Klopp spełnił minimalne oczekiwania przedsezonowe. Co prawda brak jakiegokolwiek trofeum uznano za porażkę, gdyż „The Reds” ostatni puchar zdobyli w styczniu 2012 roku, lecz powrót do Europy napawał optymizmem.
Transfery i tupiący nóżką Coutinho
Letnie okno transferowe przed obecnym sezonem pokazało, iż wielu klasowych zawodników zaczęło spoglądać na Liverpool jako na potencjalnego nowego pracodawcę. Po raz pierwszy od lat klub z Anfield Road stał się konkurencyjny na transferowym rynku.
Głównym letnim celem Kloppa było pozyskanie szybkiego i skutecznego gracza, który uzupełniałby się z Roberto Firmino oraz Sadio Mane. Wybór padł na Mohameda Salaha, choć Egipcjanin nie był pierwszym nazwiskiem na liście niemieckiego szkoleniowca. Liverpool wzmocnił także Alex Oxlade-Chamberlain. Ponadto „The Reds” już latem domknęli transfer Naby’ego Keity, który na Anfield Road trafi jednak dopiero po zakończeniu obecnego sezonu.
Wszystkie wzmocnienia spowite zostały jednak cieniem żądań Philippe Coutinho. Brazylijczyk koniecznie już latem chciał opuścić Anfield Road i przenieść się do Barcelony. Liverpool postawił jednak weto. Saga z Coutinho w roli głównej popsuła atmosferę w szatni, co musiało mieć wpływ na niemrawy początek sezonu w wykonaniu podopiecznych Kloppa.
Co ma wisieć, nie utonie, i tak Coutinho ku swej wielkiej radości odszedł do Barcelony w styczniowym oknie transferowym. Liverpool wzmocnił się natomiast klasowym defensorem – Virgilem van Dijkiem. Gdy wydawało się, że odejście Brazylijczyka mocno poturbuje zespół z Anfield Road, stało się coś zupełnie odmiennego.
Coutinho z wozu, Liverpoolowi lżej
Po zakończeniu sagi związanej z transferem Coutinho na Anfield Road jakby nadeszła wiosna. Agresja i chęć zwycięstwa była widoczna jak nigdy wcześniej, a zamiast lizać rany po stracie najlepszego gracza, „The Reds” ograli na Anfield Road niepokonany wówczas w lidze Manchester City.
Paradoksalnie odejście Coutinho okazało się największym wzmocnieniem Liverpoolu. Gdy Brazylijczyk reprezentował jeszcze barwy „The Reds”, gra często była zwalniana, gdyż inni zawodnicy woleli podać do filigranowego pomocnika, niż wziąć odpowiedzialność na własne barki. Teraz uległo to zmianie i każdy zawodnik Liverpoolu jest pod grą. Po odejściu Coutinho pełnię umiejętności zaczął pokazywać niedoceniany dotąd Roberto Firmino. Wraz z Mohamedem Salahem i Sadio Mane stworzyli świetnie rozumiejący się tercet, który jest jedną z najlepszych linii ataku w Europie. Ofensywne trio w obecnym sezonie zdobyło już 73 bramki.
Cudowną przemianę zaliczyła również defensywa. Loris Karius w końcu zaczął bronić na światowym poziomie. Wraz z Virgilem van Dijkiem stworzył podwaliny solidnej defensywy. Do obu graczy dostosowała się reszta bloku obronnego. To wszystko sprawiło, że Liverpool praktycznie nie musi obawiać się o miejsce w czubie tabeli, gdyż zespół Kloppa wygrywa seriami. Coś, co podczas obecności na Anfield Road Philippe Coutinho nie miało miejsca.
Jasny cel
Niesamowity rozwój, jaki zespól Liverpoolu zanotował szczególnie w ostatnich miesiącach, sprawia, że na Anfield Road znów głośno zaczęto mówić o mistrzowskich aspiracjach. Obecnie każdy gracz „The Reds” czuje się częścią czegoś większego. Częścią zespołu, który może wiele osiągnąć.
Latem planowane są kolejne wzmocnienia, dzięki którym Klopp dołoży ostatnie klocki do swojej układanki. Chętnych na grę w barwach „The Reds” nie brakuje.
– Liverpool to zespół, którego nie trzeba przedstawiać. Gra na Anfield Road byłaby dla mnie spełnieniem marzeń – powiedział ostatnio Abdoulaye Doucoure, pomocnik Watfordu, o którego pozyskanie walczą zespoły top 6.
Podobnie pochlebnych wypowiedzi można spotkać bardzo wiele. Liverpool nie jest już postrzegany jako stara panna, lecz jako jedna z najatrakcyjniejszych partii w Europie. Zawodnicy innych zespołów chwalą atmosferę, Kloppa oraz ofensywne trio, którego grę śledzi coraz większa część świata.
– Dajcie nam czas, by popracować. Myślę jednak, że w ciągu najbliższych czterech lat zdobędziemy choć jeden tytuł – powiedział Jürgen Klopp na pierwszej konferencji po objęciu Liverpoolu. Już niedługo Niemiec wkroczy w ten ostatni, czwarty rok. Cel w następnym sezonie będzie tylko jeden i będzie jak najbardziej realny do zrealizowania – mistrzostwo Anglii.