Ostatnia kolejka La Liga upłynęła w cieniu Gran Derbi. Jak to zwykle bywa, Barcelona i Real zupełnie przysłoniły inne drużyny. Gdyby nie statystki prowadzone przez LFP, pewnie nawet nie wiedzielibyśmy, że ktoś poza wielkim duetem w ciągu ostatnich dni kopał w Hiszpanii piłkę.
Chcąc nie chcąc, parę słów o Gran Derbi trzeba napisać. Real po raz pierwszy był faworytem, wreszcie miał prawdziwą szansę, by Barcelonę pokonać. Skończyło się jak zawsze. Madridistas chyba już wytrzeźwieli po kilkudniowym ciągu alkoholowym, już chyba pozbyli się myśli samobójczych i wątpliwości natury egzystencjalnej. Cules też już chyba mogą spojrzeć na świat trzeźwym okiem, kac spowodowany hucznym opijaniem kolejnej wiktorii powoli znika. Można pokusić się o podsumowanie. O tym, że zamiast wyrównanego meczu mieliśmy to, co mieliśmy, zadecydowały dwa czynniki.

Pierwszy – Real zapadł się w sobie. Miał formę, miał umiejętności, miał piłkarzy. Miał absolutnie wszystko, by katalońską objazdową rzeźnię pokonać. Zabrakło jednej malutkiej rzeczy – chłodnej głowy. „Królewscy” myśleli, że dostaną rywala na tacy, przyozdobionego bukietami kwiatów, związanego i bezbronnego. Gotowego do zniszczenia. To chyba wina Mourinho. Portugalczyk zapomniał swoim podopiecznym powiedzieć, że będą grali z najmocniejszym z możliwych rywali, z drużyną, która już teraz stoi w jednym szeregu z wielkimi ekipami Milanu, Bayernu czy Ajaksu. Madrytczycy wyszli, jakby to był mecz z jakimś Betisem. Jeden, niezbyt wyszukany swoją drogą, ruch taktyczny Pepa Guardioli sprawił, że gospodarze stracili głowę i już do końca meczu grali tak, że lepiej by się zaprezentowali, nie grając. Barcelona po raz pierwszy nie czuła presji faworyta. W lidze na wyjazdach spisywała się bardzo słabo, traciła masę punktów i prezentowała futbol bardzo nudny i przewidywalny. Na szczęście Guardiola, w przeciwieństwie do Mourinho, wytłumaczył swoim podopiecznym, czym jest Gran Derbi.
Drugi – liderzy. Real ma czterech naturalnych boiskowych liderów. Ramos w Gran Derbi, mimo że generalnie źle nie było, nie pokazał nawet ułamka tego, co potrafi. W jednym meczu popełnił więcej błędów niż we wszystkich spotkaniach na środku obrony razem wziętych. Grę Oezila skwituję milczeniem. Szkoda chłopaka. Grę Ronaldo również na razie skwituję milczeniem, chociaż wcale mi go szkoda nie jest. Jedynym, który nie zawiódł, był Xabi. Bask w duecie z Lassem Diarrą uratował Real przed pogromem. Barcelona boiskowych liderów ma trzech. Carles Puyol wskoczył do składu niespodziewanie, większość ekspertów stawiała na Mascherano. Argentyńczyk jest ostatnio w niezłej formie, ale chociażby nie wiem jak bardzo się starał, tak jak Puyol nie zagra. „Tarzan” w sobotę był najlepszy na murawie, to był jego najdoskonalszy występ od dobrych kilku lat. Jeśli ma się na stoperze takiego tytana, nie można przegrać. Kolejny lider – Xavi. W Katalończyku niesamowite jest to, że w każdym El Clasico gra znakomicie. Może cały sezon grać jak patałach, zaliczać asystę co kilkanaście spotkań, ale pewne jest, że w spotkaniu z Realem kluczowych podań będzie miał co najmniej dziesięć. Tak działają wielcy piłkarze. Tak działa, żeby nie szukać daleko, Iker Casillas. Lista podobieństw Xaviego oraz Ikera jest długa i coraz bardziej imponująca. Wracając do tematu, ostatni lider Barcelony to oczywiście Messi. W Gran Derbi jak na siebie zagrał słabo, ale zaliczył podanie do Alexisa, które przewróciło spotkanie do góry nogami. Do 30. minuty „Królewscy” mieli jeszcze nadzieję. Po trafieniu Chilijczyka nadzieja wyparowała. Został strach. Została frustracja.










