Kiedy na przełomie 2016 i 2017 roku Kiko Ramirez ogłoszony został nowym trenerem Wisły Kraków, mało kto, poza kibicami „Białej Gwiazdy”, wierzył w powodzenie tego przedsięwzięcia. Kilka miesięcy później o słuszności kierunku, w którym podąża Wisła, przekonani byli niemal wszyscy. Ostatnie tygodnie sprawiły jednak, że liczba zwolenników hiszpańskiego szkoleniowca ponownie drastycznie zmalała, czy słusznie?
Hiszpańska Wisła
Zarys kierunku, w jakim podążał będzie zespół z Krakowa, obecne władze znały już w momencie zatrudnienia na stanowisku dyrektora sportowego Manuela Junco. Celem było stopniowe poprawianie sytuacji klubu poprzez pozyskiwanie za darmo dobrze rokujących zagranicznych piłkarzy i późniejsze sprzedawanie ich ze sporym zyskiem. Następstwem zatrudnienia w klubie Manuela Junco było przybycie do Krakowa Kiko Ramireza. Kolejny Hiszpan miał nie tylko odpowiednio ustawiać piłkarzy na boisku. Dodatkową zaletą zatrudnienia Ramireza była możliwość łatwiejszego pozyskiwania zawodników z Półwyspu Iberyjskiego. W ślad za swoim rodakiem już zimą podążyli bowiem Ivan Gonzalez i Pol Llonch.
Po nieudanym początku sezonu runda wiosenna okazała się dla piłkarzy z Reymonta o wiele lepsza. Sprawiło to, że bez problemu zakwalifikowali się oni do grupy mistrzowskiej. Tam jednak podopiecznych Ramireza dopadł pierwszy kryzys, który sprawił, że notując zaledwie jedno zwycięstwo w ostatnich siedmiu spotkaniach, zakończyli całe rozgrywki na 6. miejscu.
Lato w Krakowie okazało się dla Manuela Junco niezwykle pracowite. Do klubu dołączyło bowiem aż 13 nowych zawodników, na których Wisła nie wyłożyła ani złotówki. Był wśród nich oczywiście najlepszy obecnie strzelec „Białej Gwiazdy” – Carlos Lopez. Urodzony w Alicante piłkarz jest namacalnym dowodem na to, że polityka transferowa klubu może przynieść wymierne korzyści. Poza „Carlitosem” trudno jednak na razie wskazać innych wyróżniających się zawodników. Pojedyncze dobre występy notują Wojtkowski i Arsenić, natomiast kontuzjowany Cuesta nie zdołał jeszcze pokazać nam pełni swoich umiejętności.
Stabilizacja – to słowo, które powinno być teraz powtarzane pod Wawelem jak mantra. „Carlitos” to ewenement. Piłkarz, który wszedł do ligi razem z drzwiami i co mecz udowadnia, że jest graczem o nieprzeciętnych umiejętnościach. Wprowadzenie 5-6 nowych zawodników do podstawowej jedenastki nie jest prostą sprawą i w ostatnich spotkaniach mogliśmy się o tym przekonać. Gracze, którzy tego lata dołączyli do „Białej Gwiazdy”, potrzebują ogrania i pewnej dozy zaufania. Potrzeba też czasu, by Wisła zaczęła wyglądać jak drużyna, a nie zlepek jedenastu przypadkowych osób. Przeczucie mówi nam też, że piłkarzy jak Ze Manuel czy Tibor Halilović stać na znacznie więcej, niż dotychczas pokazali, i wkrótce mogą to udowodnić.
3 punkty straty
Pojęcie „krakowskiej piłki” nie kojarzyło się ostatnio kibicom Wisły najlepiej. Bardzo często zdarzało się, że krakowianie grali ładnie, efektownie, lecz na koniec brakowało najważniejszego – wyniku. Kiko Ramirez stwierdził na wejściu, że najważniejsze są zwycięstwa, styl jest spraw drugorzędną. Dowodem prawdziwości tych słów jest chociażby początek obecnego sezonu, gdzie Wisła czterokrotnie wyrywała zwycięstwo w ostatnich minutach meczu. Wiele mówiło się o szczęściu, o „Carlitosie”, który ciągnie cały zespół. Prawda jest jednak taka, że „Biała Gwiazda” regularnie punktowała, utrzymując się w ścisłej czołówce ligi. Momentami gra wyglądała naprawdę bardzo źle, a mimo wszystko podopieczni Kiko Ramireza wychodzili z pojedynków zwycięsko. Zwycięstwo to słowo klucz. Kibice spod Wawelu byli głodni wygranych i przewodzenia ligowej stawce na tyle, że gotowi byli przymknąć oko na niezbyt urokliwy styl gry.











