Lata ciągłych rewolucji kadrowych, zmian szkoleniowców i polityki transferowej oraz sprzedawania gwiazd zespołu dobiegły końca. Obecnie na Anfield Road myślą tylko o stabilizacji, która w niedalekiej przyszłości ma przynieść wymierne korzyści w postaci trofeów. W Liverpoolu po dekadzie przewrotów nastał czas spokoju i równowagi.
Minione dziesięć lat na Anfield Road upłynęło głównie pod znakiem intensywnych turbulencji. W tym czasie władze Liverpoolu (byłe i obecne) zwolniły aż czterech menedżerów. Ciągłe rewolucje – wielokrotne zmiany polityki transferowej, planów budowy nowego stadionu, cen biletów oraz wewnętrzne wojny o władze (w kwestii rekrutacji graczy) doprowadziły do kryzysu. Kryzys doprowadził do upadku, który sprawił, że Liverpool po wypadnięciu ze ścisłej europejskiej czołówki znalazł się na ostrym zakręcie.
Wiara i praca u podstaw
Etap przewrotów w klubie z Merseyside zakończył się wraz objęciem posady menedżera „The Reds” przez Jürgena Kloppa w październiku 2015 roku. Po zakontraktowaniu niemieckiego szkoleniowca wszyscy spodziewali się kolejnej rewolucji w składzie. Niesłusznie.
Klopp już w pierwszym tygodniu pracy na Anfield Road powtarzał, że wierzy w potencjał graczy spotkanych w klubie. Nie były to słowa rzucane na wiatr. W pierwszym sezonie Niemiec oprócz wypożyczonego zimą Stevena Caulkera nie pozyskał nikogo. To wywołało zdziwienie mediów, które stale bombardowały Kloppa pytania o potencjalne wzmocnienia. – Czasami wydaje mi się, że jestem jedyną osobą w tym kraju, który wierzy w trening. Cała reszta wierzy w transfery – odpowiadał Niemiec.
Klopp zaufał zawodnikom, a oni uwierzyli w metody pracy byłego szkoleniowca Borussii Dortmund. Owoce działań niemieckiego menedżera pojawiły się nadspodziewanie szybko. Liverpool dotarł do dwóch finałów – Pucharu Ligi oraz Ligi Europy. W żadnym z nich nie udało się „The Reds” triumfować, jednak dyspozycja zespołu w tych rozgrywkach pokazała, że Klopp miał rację. Niemiec obudził drzemiący potencjał zawodników Liverpoolu.
To nie przeszkodziło kolejnym medialnym spekulacjom, które wieszczyły kadrową rewolucję w składzie Liverpoolu. Klopp jednak nadal trzymał się swojej wizji. Budował zespół powoli, bazując na obecnych w klubie graczach. Każdy transfer był analizowany pod kątem wieloletniej przydatności. Nowy zawodnik musiał też być przede wszystkim lepszy niż gracze obecnie przebywający w zespole. Wszystko w imię zasady „nie kupuj byle kupić”.
Klopp został ponadto obdarzony nieograniczonym zaufaniem w kwestii transferów przez Fenway Sports Group – właścicieli Liverpoolu. Niemieckiemu szkoleniowcowi powierzono decydujące zdanie w sprawie rekrutacji nowych graczy i sprzedaży zawodników będących piłkarzami Liverpoolu. To się opłaciło.
Niemiec, począwszy od letniego okna transferowego w 2016 roku, zaczął sprowadzać zawodników pasujących do swojej wizji. Cegła po cegle Klopp urealniał swoją wizję zespołu. Gdy nie mógł pozyskać konkretnego zawodnika, najczęściej wolał poczekać i spróbować ponownie, niż kupować innego, jak pokazał przykład Virgila van Dijka. Budowany przez Niemca zespół zaczął realnie konkurować z najlepszymi drużynami Europy, co udowadnia obecna edycja Ligi Mistrzów. Tempa realizacji wizji Kloppa nie zaburzyło nawet odejście do Barcelony gwiazdy zespołu Philippe Coutinho.












