Piłkarski świat płacze. Futbolowa rodzina po raz kolejny straciła swoich wielkich, niezastąpionych członków. Kiedy wsiadali na pokład samolotu, nie mogli doczekać się wyjścia na murawę podczas finałowego meczu Copa Sudamericana. Uśmiechnięci, szczęśliwi, pełni nadziei. Tacy też będą zapamiętani. Piłkarze Chapecoense już nigdy na murawę nie wybiegną. Sztab trenerski nie poprowadzi już więcej treningów. Prezes i działacze klubu nie podejmą nowych, ważnych decyzji. Dziennikarze przebywający wówczas w samolocie już nigdy nie pochwalą zawodników za ich kapitalny występ. Wszyscy ci, którzy zginęli podczas tej wielkiej tragedii, zasiądą teraz na najwyższej z trybun i będą spoglądać, jak inni podnoszą klub z kolan. Dramat, który dotknął brazylijskie Chapecoense, nie był pierwszym, choć miejmy nadzieję, że jest ostatnim. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat, kiedy podróże lotnicze stawały się coraz bardziej popularne, dochodziło do podobnych przykrych wydarzeń, w których życie tracili ludzie związani z futbolem.
AC Torino – 1949
4 maja 1949 roku włoskie wzgórze Superga zabrało z tego świata 31 osób związanych z byłym klubem Kamila Glika. Na pokładzie trzysilnikowego samolotu marki Fiat znajdowali się piłkarze, działacze i dziennikarze turyńskiego zespołu. Wracali z Lizbony, gdzie kilkanaście godzin wcześniej rozegrano towarzyskie spotkanie pomiędzy Torino i Sportingiem. Nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii. Załoga samolotu po trzech godzinach lotu (trzeba pamiętać, że wówczas podróże lotnicze nie były tak błyskawiczne jak obecnie) dotarła na lotnisko w Barcelonie, gdzie maszynę zgodnie z planem zatankowano i przygotowano do dalszej części przeprawy. Po południu samolot znalazł się w przestrzeni powietrznej Włoch i spokojnie zmierzał do Turynu. Niestety, warunki pogodowe uległy znacznemu pogorszeniu. Niebo spowiła gęsta mgła, przez co widoczność drastycznie spadła. Samolot powoli zbliżał się do portu lotniczego, jednak piloci musieli co chwilę zmniejszać pułap lotu. Przelatując nad wzgórzem Superga (675 m n.p.m.), maszyna zahaczyła o znajdującą się tam bazylikę. Samolot rozbił się o mury i uległ całkowitemu zniszczeniu. Nikt nie przeżył katastrofy.

W owym czasie Torino uchodziło za jedną z najmocniejszych drużyn piłkarskich w Europie. Włoski klub zdominował rozgrywki na własnym podwórku – zaczynając od roku 1946, „Byki” zdobyły trzy tytuły mistrzowskie z rzędu, czemu zawdzięczały swój przydomek „Grande Torino”. Wszystko wskazywało również na to, że klub pewnie zmierza po kolejne trofeum mistrza kraju. W chwili katastrofy piłkarze z Turynu zajmowali pierwsze miejsce w tabeli ligowej, a do końca rozgrywek pozostały cztery spotkania. Po dramatycznym wydarzeniu działacze Milanu zgłosili się do zarządu najwyższej klasy rozgrywkowej z propozycją, by tytuł mistrzowski automatycznie został nadany AC Torino. Inne włoskie drużyny nie protestowały i z chęcią przystały na propozycję mediolańczyków.
Co roku, w rocznicę katastrofy na wzgórzu Superga, odbywają się uroczystości poświęcone tragicznie zmarłym: piłkarzom, działaczom, dziennikarzom i załodze samolotu. Na miejscu wypadku pojawia się także kapitan Torino, który wzniośle odczytuje nazwiska poległych. Tego zaszczytu dostąpił też Kamil Glik, który był pierwszym w historii drużyny kapitanem niepochodzącym z Włoch.












