Anioł stał się Diabłem i natychmiast wybuchła piekielna afera. Kwestią czasu było oczywiście wyciąganie brudów z jednej lub drugiej strony, ale tak szybkiej akcji – reakcji to chyba się nie spodziewaliśmy. Di Maria odszedł z Realu Madryt niby pokojowo, ale co nieco w powietrzu nadal się unosi. Wyczytując to, co na temat transferu do powiedzenia mają europejscy żurnaliści, stwierdzimy, że wychodzi na to, iż wszystko rozbijało się, rozbija i nadal rozbijać się będzie o kasę – misiu – oczywiście, że o kasę.
Jedno w całej tej sytuacji z Di Marią jest pewne: Real zrobił naprawdę niezły interes. Oczywiście zastąpienie kogoś takiego (znaczy Di Marii z drugiej połowy poprzedniego sezonu) jest szalenie trudne – może nawet niemożliwe – ale z drugiej strony 75 baniek piechotą nie chodzi. A mając na uwadze fakt, że klub na nowo rozważa zakontraktowanie Falcao, dostrzeżemy, że potrzebna kasa jest już przygotowana. Można nawet powiedzieć szefom Manchesteru, żeby od razu pieniążki przelali na konto Monaco, bo pewnie przelewu jeszcze nie zrobili. Być może za transferem Fideo stał sam – i tylko sam – Florentino Perez, który raz na zawsze chciał zakończyć krytykę Realu za fatalną strategię finansową. Wszak Angel przybył do Madrytu za 25 milionów (plus 11 milionów zmiennych), a odszedł za ponad dwa razy więcej. Dobra robota, Florentino. Ale co na to Carletto?
Ancelotti od samego początku powtarzał, że ani myśli sprzedawać Argentyńczyka. Dla włoskiego trenera „Fideo” był jednym z najważniejszych graczy w zespole. A przecież ich początki wcale nie były łatwe, co zresztą również mogło przyczynić się do tego, że zawodnik zdecydował się w końcu zmienić barwy klubowe. Przecież Angel to skrzydłowy z krwi i kości, istny struś pędziwiatr piłkarskich boisk wkręcający w ziemię bocznych defensorów. To piłkarz, który uwielbia swobodę, a tę otrzymuje, grając właśnie blisko linii boiska. Nic więc dziwnego, że były zawodnik Benfiki nie skakał z radości, kiedy rok temu Florentino wydawał blisko 100 milionów euro na Garetha Bale’a. Di Maria już wtedy wiedział, że jego rola w Madrycie drastycznie się zmieni. Nawet w topowej formie reprezentant Argentyny nie mógł rywalizować z Walijczykiem, a już tym bardziej z Cristiano Ronaldo. Skrzydła były obsadzone. Basta.
Nazwiska nazwiskami, a treningi treningami. Ancelotti bardzo szybko przekonał się, że ma w drużynie człowieka zdolnego do wszystkiego. Trzymanie Di Marii na ławce rezerwowych byłoby totalnym szaleństwem, dlatego Włoch musiał znaleźć dla niego miejsce. Trafił w dziesiątkę, bo Argentyńczyk w systemie 4-3-3 na pozycji środkowego pomocnika odnalazł się pierwszorzędnie. Aż mnie skręca, że nie było mi dane zobaczyć Angela w tym ustawieniu na żywo. Rozkochałem się w „Aniele” na dobre właśnie po tym, jak pierwszy raz zobaczyłem go z wysokości trybun na Santiago Bernabeu. Wierzcie lub nie, ale ten gość nawet jak stoi to jest szybszy i dynamiczniejszy niż reszta piłkarzy na boisku. To właśnie tym poświęceniem Di Maria tak ujął całe madridismo, które bardzo łatwo wybaczyło mu nawet „poprawianie sobie” tego i owego w pamiętnym meczu z poprzedniego sezonu. Angela po prostu nie dało się nie lubić i wskazują na to nawet komentarze zawodników Realu po jego odejściu. Sam Cristiano apelował zresztą do zarządu, aby za żadne skarby nie pozbywać się Angela.











