W meczu rewanżowym 1/16 finału Copa del Rey drużyna Sevilli pokonała w małych derbach Andaluzji San Roque 2:1. Obie bramki dla gospodarzy zdobył wprowadzony po przerwie Frederic Kanoute. Honorowe trafienie dla dzielnych gości zapisał na swoim koncie również zmiennik, Adri.
Sevilla po wygranej w pierwszym meczu tylko 1:0 zdawała sobie sprawę, że dzisiejszy pojedynek trzeba wygrać. Marcelino postawił na najmocniejszy możliwy skład, bardzo podobny do tego, który kilka dni temu zebrał srogie baty od Realu. Jedyną istotną zmianą było wystawienie w środku pola Jose Campanii. Siłą napędową miał być kapitan Jesus Navas. Jak zwykle.

Od pierwszych minut spotkania zarysowała się wyraźna przewaga gospodarzy, którzy początkowo atakowali głównie środkiem pola, wykorzystując świetną współpracę tercetu Medel – Rakitić – Campana. Szczególnie dwaj pierwsi imponowali formą. Chilijczyk, rozgrywający jeden z lepszych meczów w barwach andaluzyjskiego klubu, szczelnie zabezpieczał tyły, a Chorwat rozdzielał piłki w ataku i groźne uderzał z dystansu. Próbkę jego umiejętności dostaliśmy w 8. minucie, kiedy to jego strzał z dystansu nie wpadł do bramki tylko dlatego, że na drodze lotu piłki stanął obrońca. Kwadrans później znów było groźnie. Znów uderzał Rakitić, tym razem z woleja. Na szczęście dla gości, Madruga stanął na wysokości zadania i obronił strzał pomocnika. Trzecia groźna akcja to strzał Caceresa po dośrodkowaniu… Rakiticia. Szok w trampkach.
W 33. minucie świetną okazję mieli piłkarze San Roque. Prawym skrzydłem pomknął Melchor, podał na dziesiąty metr do Oscara, a ten przestrzelił w sposób niegodny zawodowego piłkarza. Sevilla dostała ostrzeżenie – jeśli czegoś szybko nie strzeli, może mieć problem. Ostrzeżenie nie podziałało na Andaluzyjczyków dobrze, bo na ostatnie dziesięć minut oddali pola trzecioligowym rywalom. Jeszcze przed przerwą powinno być 0:1, jednak po raz kolejny zawiodła skuteczność. Gwizdek kończący pierwszą część meczu był dla podopiecznych Marcelino jak wybawienie. Spotkanie wyraźnie wymykało im się z rąk. Potrzebna była terapia wstrząsowa.

No i chyba terapia, którą trener niechybnie sewilczykom w szatni zafundował, podziałała. Po zmianie stron i wpuszczeniu na murawę Kanoute w miejsce Negredo mecz wyglądał już zupełnie inaczej. Najpierw do doskonałej sytuacji bramkowej doszedł Armenteros. Doszedł i zmarnował ją w sposób niepojęty. Gdyby coś w meczu poszło nie tak, pewnie właśnie na Hiszpana spadłby ciężar odpowiedzialności. Na szczęście już kilka minut później udało mu się odkupić winy – wywalczył rzut karny. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł Kanoute, wziął rozbieg, podbiegł, zwolnił, strzelił, trafił i dostał żółtą kartkę. Nie do końca wiadomo dlaczego. Albo za strzał przed gwizdkiem, albo za zatrzymanie się przed uderzeniem. Trzeba było karnego powtórzyć. Tym razem Malijczyk nie bawił się w kurtuazyjną zabawę w zmylenie bramkarza – kopnął z całych sił pod poprzeczkę, nie dając nawet cienia szans Madrudze.











