Wszyscy ludzie, którzy przez hiszpańskie liderowanie Levante nie mogli spać i okazyjnie miewali myśli samobójcze, są już spokojni. Gdy piszę te słowa, oni jeszcze śpią, śniąc o różowych króliczkach, dwubiegunowej lidze i kilkunastopunktowej przewadze na koniec sezonu.
Piłkarze „Żab” z Walencji, po tym, jak na własnym terenie ograli Real, Espanyol, Malagę i Sociedad, po tym, jak na wyjeździe pokonali kolejno Rayo, Betis i Villarreal, wreszcie się potknęli. Potknęli się na terenie pozornie łatwym. Pozornie, bo Reyno de Navarra to, podobnie jak chociażby La Romareda czy El Molinon, stadion, na którym możliwe są najprawdziwsze cuda. Nie na darmo mówi się, że właśnie tam, a nie na Camp Nou czy Santiago Bernabeu wygrywa się ligę. Osasuna, ta pozbawiona chociażby jednego klasowego zawodnika zbieranina wyrobników, stawiła czoła Levante – drużynie w gruncie rzeczy podobnej, ale posiadającej niezachwianą wiarę w to, że sen, który właśnie się śni, jest czymś, co się nigdy nie powtórzy, czymś, co trzeba wycisnąć do ostatniej kropli.
Sen się skończył, czas się budzić, czas zastanowić się, co się stało. Ale jeszcze nie czas na podsumowania. O fenomenie Levante napiszemy za dwa tygodnie. Musimy zobaczyć, jak podopieczni JIM-a poradzą sobie z zastaną rzeczywistością.
Na razie tylko podziękowania. Dla wszystkich, od Munuy, przez Ballesterosa, Iborrę, Barkero, na Valdo i Kone kończąc. Za to, że wstrząsnęli posadami zastałego gmachu Primera Division, za to, że się nie bali.
Liderem jest Real. Barcelona jest punkt za „Królewskimi”. Wszystko wróciło do normy. Faworytem do końcowego triumfu pozostają Katalończycy, ale gracze z Madrytu też są mocni. Najmocniejsi od dobrych kilku lat. Jeśli chłopcy Mourinho będą grali tak jak chociażby z Lyonem, Malagą czy Villarrealem, mogą Barcelonę po prostu pokonać. Aktualni władcy futbolowego świata mają straszny kłopot z kontuzjami, co chwila ktoś wypada. Dodatkowym problemem są zabawy Pepa w ustawienie z trzema obrońcami. Gdy przyjdzie czas na mecz z Realem, Guardiola wystawi, jeśli nie jest skończonym głupcem, czterech defensorów, nieco przewracając w głowie coraz bardziej przyzwyczajonych do gry z samotnym Mascherano za plecami zawodników. Jeśli w skład tego tercetu nie będzie wchodził Puyol, będzie problem. Teraz już nie będzie miejsca na poprawę. Jedno złe podanie Pique i Ronaldo będzie cieszył się z kolejnego trafienia. Katalończycy dysponują gigantyczną przewagą psychologiczną i sprawiają wrażenie zdecydowanie mniej opętanych myślą o konieczności odniesienia zwycięstwa. I to właśnie może być klucz to sukcesu. Dlaczego już teraz piszę o Gran Derbi? Bo mam wrażenie, że co by się nie stało, obie drużyny dotrwają do meczu meczów, zajmując czołowe miejsca.
A na trzecim miejscu będzie Valencia. Nie wiem, czy już za tydzień. Może za dwa, może za miesiąc, ale będzie. Bo to jest tak, że „Los Ches” zawsze są na trzecim miejscu. Niewykluczone, że przegrają następnych dwadzieścia meczów. Niewykluczone, że całymi tygodniami nie będą w stanie zdobyć bramki. Ostatecznie będą na podium.
Jeśli chodzi o reszty czołówki, to moim skromnym, zupełnie nie pretendującym do miana obiektywnego, zdaniem, niedługo w jej skład wejdzie jeszcze Athletic (bo magia Bielsy jest coraz bardziej widoczna), Malaga (bo ileż można przegrywać z takim składem?) i Sevilla (bo ta drużyna ma w sobie coś, czego nie zabierze nawet wczorajsza nieco kompromitująca porażka z Granadą).










