Im większa góra, tym bardziej spektakularny wypadek. Lech Poznań sięgnął po grubą rybę – trenera, który miał kontynuować filozofię Macieja Skorży. John van den Brom jednak w żadnym stopniu się nie broni. Ani wynikami, ani grą. Doszło do paradoksu – być może jego dni w Lechu są już policzone, a przecież Poznań dopiero co popadł w hurraoptymizm po jego zatrudnieniu.
Dziewięć spotkań, z czego sześć beznadziejnych, w których Lech skompromitował się na całej linii. Rozumiemy, że mistrz Polski może przegrać i odpaść z Karabachem Agdam, ale nie po takim czymś – bo tego, co się działo w Baku, nie nazwiemy nawet meczem, to była deklasacja poznaniaków. Stal Mielec i Wisła Płock to największe niespodzianki ligi, ale to jest „Kolejorz” – nie ma prawa przegrać z tymi zespołami przy Bułgarskiej. Nie usprawiedliwia go gra nawet co trzy dni.
John van den Brom – walka o posadę
Być może przegniemy trochę pałę, ale mecz z Vikingurem jest dla Lecha najważniejszy w tym sezonie. Jak do tego doszło – nie wiem. Jeśli John van den Brom odpadnie, to tak naprawdę można zamykać biznes, gasić światło i się chować. Można jeszcze walczyć o mistrzostwo, ale to taka nagroda pocieszenia. A i tak rywalizacja w lidze nie będzie łatwa, bo „Kolejorz” jest w fatalnej formie. I gdy tak oglądamy Raków, to trudno uwierzyć, że Lech z nimi powalczy.
Dlatego stawiamy mocną tezę. To mecz o posadę. Tak, wielki John van den Brom walczy o posadę w meczu z mistrzem nieliczącej nawet 400 tysięcy osób Islandii. Doszliśmy do takiego miejsca i nie jest to żadna abstrakcja czy wspominanie wpadki ze Stjarnan. To się naprawdę dzieje. Lech Poznań wygląda tak fatalnie, że u progu sezonu nie ma na czym opierać swojej wiary w przemianę.
Można by przymknąć oko na wyniki, gdyby faktycznie na boisku ze strony Lecha coś się działo. Gdyby wcześniej cisnęli niemiłosiernie Wisłą Płock i Stal Mielec. Ale „Kolejorz” wyglądał po prostu gorzej na murawie. Tak prezentuje się mistrz Polski prawie trzy miesiące po wzniesieniu trofeum? Na trzy mecze w lidze trzy razy pierwszy traci bramkę, a w drużynie nie widać żadnej reakcji. Dobra, z Zagłębiem coś się ruszyło. Ale sam fakt, że ciężko w tym momencie powiedzieć, w co gra Lech, nie działa na korzyść Holendra.
Zahartowani
Zahartowani. Tak o sobie mogą mówić kibice Lecha. Średnio co dwa lata przeżywają załamanie nerwowe. Raczej przeżywali, bo w tym momencie są zahartowani jak morsy. Nic ich już nie zdziwi. Nie zdziwiłby ich nawet widok Pepa Guardioli grającego defensywny futbol. Tak wygląda życie poznaniaka. Tu jest euforia, by zaraz miał przyjść wielki dołek, z którego znów będzie trzeba miesiącami wychodzić. Podkreślamy, na razie ma jeszcze szansę tego dołka uniknąć. Wystarczy wygrać z Islandczykami.











