Śledząc wydarzenia na polskiej scenie piłkarskiej, można odnieść wrażenie, że wpadliśmy w pętlę czasu. Klub zatrudnia trenera, podczas powitalnej konferencji prasowej prezes mówi o długofalowym projekcie, drużyna wygrywa kilka spotkań, po czym wpada w kryzys. Ten sam prezes, który parę miesięcy wcześniej snuł dalekosiężne plany, teraz bez zastanowienia zwalnia szkoleniowca. I wracamy do punktu pierwszego. Taki stan rzeczy utrzymuje się w Polsce od niepokojąco długiego czasu. A co gorsza, nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja miała ulec poprawie…
– Z polskich trenerów robi się debili – grzmiał w lipcu ubiegłego roku Michał Probierz. Szkoleniowiec Cracovii znany jest z kontrowersyjnych wypowiedzi, jednak wydaje się, że akurat ta ma wiele wspólnego z prawdą. Jeśli spojrzymy na to, jak niski jest ich autorytet wśród kibiców, a także wątłe zaufanie prezesów, dojdziemy do wniosku, że rzeczywiście nie są oni traktowani w należyty sposób.
Cierpliwości!
W języku polskim funkcjonuje pewne powiedzenie, które każdy prezes ekstraklasowego klubu powinien przywiesić sobie nad biurkiem: „Nie od razu Rzym zbudowano”. Szefom naszych klubów wielokrotnie brakuje cierpliwości. Chcieliby, aby ich drużyny pod wodzą nowych szkoleniowców zaczęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki prezentować się o niebo lepiej. Tak się jednak nie da. Proces poprawy gry drużyny to praca żmudna i długotrwała.
W zagranicznych klubach zrozumiano to już dawno. Przykładem niech będzie staż sir Alexa Fergusona w Manchesterze United. Słynny Szkot prowadził „Czerwone Diabły” przez 27 lat. Nie zawsze wszystko układało się po myśli właściciela, wielokrotnie trzeba było przełknąć gorycz porażki. Pomimo tego Ferguson mógł być pewny swojej posady, dzięki czemu dorobił się niezwykłego autorytetu wśród swoich podopiecznych.
Piłkarze zdawali sobie sprawę z tego, że to co mówi ich trener, jest święte. Taki komfort może czuć tylko szkoleniowiec, który nie drży o zachowanie pracy. Kiedy bowiem drużyna zauważy, że trener nie jest pewny swojej przyszłości, natychmiast zacznie zachowywać się inaczej. Zawodnicy nie pójdą za nim w ogień, prawdopodobnie odpuszczą sobie nieco na treningach, ponieważ wiedzą, że prezes i tak woli zwolnić jednego szkoleniowca niż dwudziestu graczy.
W ekstraklasie taki stan nieufności jest właściwie normą. Na naszym podwórku trwa permanentna przebudowa, a piłkarze szybko to zauważają. Szefowie polskich klubów nie umieją obdarzyć bezgranicznym zaufaniem swoich szkoleniowców, wolą działać doraźnie. Pytanie tylko, czy zdają sobie sprawę z tego, że nie da się zbudować pięknego domu, jeśli kuchnię stawia jeden murarz, duży pokój drugi, a sypialnię trzeci. Przecież każdy fachowiec ma swoją wizję, którą stara się wdrożyć w życie. I zamiast willi wychodzi kolejny blok z wielkiej płyty.
Zaufania!
Ludzka natura jest zaiste fascynująca. Często zachwycamy się rzeczami czy miejscami obcymi, a nie doceniamy piękna tego, co nam bliskie. Podobne prawidła obowiązują w ekstraklasie. Prezesi naszych klubów mają niewytłumaczalną słabość do zagranicznych myśli szkoleniowych. Przerabialiśmy już etapy brazylijskie, hiszpańskie, chorwackie, portugalskie. Każdy z nich wiązał się z masowym sprowadzaniem rodaków trenera, który wówczas swoją wizję realizował. W ten sposób do polskiej ligi trafiało wielu zawodników, którzy znacznie odstawali poziomem i w normalnych warunkach nigdy nie trafiliby nad Wisłę. Jako że byli jednak znajomymi trenera, to w ten czy inny sposób załapali się na niezły kontrakt w ekstraklasie.











