Są rewelacją tego sezonu. Przez prawie połowę sezonu utrzymywali się w „top four”. Ostatnio zaliczyli spadek na siódme miejsce. To tylko chwilowa słabość czy definitywny koniec londyńskiej bajki?
Gdy przed obecną kampanią ligową klub z Upton Park ogłosił, że drużyna zamierza walczyć o awans do Ligi Mistrzów, wywołało to zapewne niemałą salwę śmiechu u niektórych, o ile nie większości osób. Gdy Alex Song w pierwszym wywiadzie, udzielonym po swoim powrotnym transferze do Anglii, wyznał, że zamierza pomóc drużynie w awansie do Champions League, wiele osób pukało się w czoło, no bo jak klub ze środka tabeli, grający brzydką i często nieskuteczną piłkę, może zająć miejsce w czołowej czwórce?

Ludzie kpili jednak tylko do pewnego czasu. Gdy sezon rozpoczął się na dobre, a West Ham wskoczył na dłuższy czas do „top four”, krytycy zamilkli. Nie mieli innego wyjścia, bo „Młoty” nie tylko wygrywały, ale także przeprowadzały ładne dla oka akcje i strzelały wspaniałe gole. Londyńczycy dwukrotnie zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu, pokonując m.in. Manchester City, Liverpool czy Newcastle United. Fakt, że tak długo utrzymywali się w ścisłej czołówce, dla wielu był czymś niepojętym. Wszystko wskazywało na to, że ta drużyna jest na fali wznoszącej i że może być tylko lepiej. Podobnie jak inna niespodzianka tego sezonu, Southampton, w pewnym momencie piłkarze z Londynu zaliczyli słabszy okres. W przeciwieństwie do „Świętych” wypadli z pierwszej czwórki, a teraz pojawiają się pytania i wątpliwości, czy zdołają jeszcze do niej powrócić. Co jednak jest przyczyną tak dobrej dyspozycji „Młotów”?
Przede wszystkim przeprowadzone transfery. Sam Allardyce i spółka wydali w letnim okienku transferowym 32 miliony funtów. Do zespołu dołączyli tacy piłkarze, jak: Kouyate, Cresswell, Jenkinson, Sakho, Song czy Enner Valencia. Wszyscy oni przyczynili się do sukcesu West Hamu – jedni bardziej, inni mniej. Do „rzemieślników”, z których wcześniej słynęli londyńczycy, Allardyce dodał kilku magików i piłkarzy klasy co najmniej międzynarodowej. Efekt? Miejsce premiowane grą w Lidze Mistrzów tuż przed półmetkiem sezonu, a także parę świetnych meczów.
Londyński sen nie trwał zbyt długo – po dwóch porażkach z rzędu, odpowiednio z Chelsea i Arsenalem, „Młoty” wypadły z pierwszej czwórki. Wielu ekspertów zastanawia się, czy jeszcze się tam pojawią. Prognozy nie są jednak zbyt optymistyczne. Wszystko wskazuje na to, że Liga Europy to maksimum, co mogą osiągnąć. Analizując chętnych na grę w Lidze Mistrzów, a takowych w tym sezonie nie brakuje, można dojść do wniosku, że West Ham jest przy nich kopciuszkiem. Kluby, jak: Chelsea, Arsenal, oba Manchestery – to starzy wyjadacze z „top four”. Do tego dochodzą jeszcze ekipy Tottenhamu i Southampton, które również są, przynajmniej na papierze, lepsze od drużyny z Boleyn Ground.












