Podsumowanie 32. kolejki La Liga będzie przede wszystkim podsumowaniem Gran Derbi. Powody takiej decyzji są aż nazbyt oczywiste i wykładnie ich tutaj zajmie za dużo, jakże cennego przecież, miejsca.
W Gran Derbi wygrał Real. Nie dajcie się zwieść tablicy wyników, nie wierzcie w pomeczowe wypowiedzi i komentarze mediów. Wygrał Madryt, bo zagrał za dobrze. Takiego czegoś chłopcy Guardioli chyba nigdy nie doświadczyli, nie spodziewali się tego i nie byli na to do końca przygotowani.
Myśleli, że naprzeciwko stanie zwykły Real, niesamowicie ofensywny, nieziemsko szybki, precyzyjny i – na szczęście dla nich – popełniający proste błędy. Myśleli, że będzie tak jak pół roku temu, bez manity oczywiście, ale równie łatwo. Spodziewali się artysty, wyjechał czołg.
Czołgiem kierował Pepe. Nie miał takiej czapki jak Gustlik, lecz był równie fajny, chociaż „fajny” to zły epitet. Portugalczyk grał jak nieślubne dziecko Claude’a Makelele i Lothara Mattheusa. Tak, obaj są chłopcami, ale to tylko dodaje niezwykłości owocowi ich miłości (rym dedykuję wszystkim poetom chodzącym po ziemi. Tej ziemi).
Grał tak dobrze, że po meczu Michael Essien, Gennaro Gattuso i Yaya Toure wysłali mu zakupiony ze składkowych pieniędzy kosz jagód.
Grał tak dobrze, że kontuzjowani Fernando Gago i Lassana Diarra poobcinali sobie nawzajem ręce, nogi i języki. Te ostatnie, żeby nie musieć publicznie komplementować mogącego pochwalić się bardzo specyficzną urodą kolegi.
Grał tak dobrze, że każda ze zdesperowanych gospodyń z serialu „Gotowe na wszystko” życzyła mu śmierci. Zwłaszcza Bree. Ona jest ruda. Rude są wredne.
Grał tak dobrze, że nie mam siły wymyślać dalszych absurdalnych pseudopochwał. Wybaczcie.

Inni też grali dobrze. Wszyscy, poza kilkoma wyjątkami.
Karim Benzema, znany jako Benzema, grał tak źle, że kibice modlili się, żeby go nie było na boisku.
Raul Albiol, znany jako Albiol, grał tak źle, że… grał dobrze, ale dostał czerwoną kartkę. Sorry.
Sergio Busquets, znany jako Busquets, grał tak źle, bo jest pajacem. Na plus zapisujemy mu to, że nie zjadł kasku (nie rozumiecie? Zobaczcie tu)
Victor Valdes, znany jako Vicky Cristina Barcelona, grał na swoim poziomie sprzed dwóch lat.
Tak właściwie, to Barcelona powinna mieć dwa rzuty karne. Iker sfaulował Villę – widzieli to wszyscy – nawet skąpcy siedzący w ostatnich rzędach najwyższych trybun Santiago Bernabeu. Nie widział tego Muniz Fernandez, za co Pepe pewnie podzieli się z nim jagodami (nie da całego kosza, bo to łasuch).
Barcelona posiadała piłkę przez 3/4 meczu. Gerardowi Pique i Carlesowi Puyolowi gratuluję miliona podań między sobą. Właśnie w tym najwyraźniej widać było przemianę Realu. Pół roku temu Katalończycy klepali na 30. metrze, w sobotę robili to na 50. Real zagrał defensywnie, bo tak było trzeba, gdyby nie zagrał defensywnie, Iker nabawiłby się odcisków.










