Zerwane więzadła krzyżowe po trzydziestce dla niektórych oznacza nieodwracalną utratę formy sprzed urazu, a w najgorszych przypadkach koniec kariery. Jacek Kiełb jednak postawił się okrutnemu losowi i wrócił na boisko w fantastycznym stylu. Już w swoim drugim występie po kontuzji piękną przewrotką dał ważne zwycięstwo Koronie Kielce. Z doświadczonym zawodnikiem porozmawialiśmy m.in. o walce o powrót oraz najbliższych aspiracjach.
Twój powrót po kontuzji i zwycięska bramka przewrotką to scenariusz, którego nie powstydziliby się najlepsi reżyserzy na świecie. Jakie to uczucie?
Nie będę ukrywał — to było coś niesamowitego, wręcz niepowtarzalnego. Po siedmiu miesiącach walki o powrót ponownie stanąłem na boisku Korony i udało mi się strzelić bramkę z przewrotki na wagę zwycięstwa. W tamtej chwili nie wiedziałem, jak mam wyrazić swoje emocje. Jednocześnie poczułem ogromną radość, ale też chciało mi się płakać. Dotarło do mnie, że ta katorżnicza praca nie poszła na marne. Próbowałem sobie ustalić jakąś cieszynkę w geście podziękowań dla wszystkich za pomoc w trudnych chwilach, lecz trudno było mi zebrać myśli. Ta chwila pozostanie już ze mną na zawsze.
Wieść o zerwaniu więzadeł krzyżowych musiała być strzałem prosto w serce.
Nie będę ukrywał, że pierwsze chwile były bardzo trudne. Popłakałem się niczym małe dziecko. Pojawiały się najczarniejsze scenariusze, bo nigdy nie przechodziłem takiego urazu i kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. To była wielka niewiadoma okraszona sporym strachem.
Pojawiła się gdzieś myśl, że to koniec kariery?
Oczywiście. Gram już kilka ładnych lat w piłkę i zawsze gdzieś pobolewała mnie łękotka. To był ból, do którego z czasem zdążyłem się przyzwyczaić. Nie wymagało to żadnych poważnych zabiegów i po prostu zacząłem żyć z tym dyskomfortem. W momencie, gdy zerwałem więzadła, dopadł mnie natłok myśli. Czy dam sobie z tym wszystkim radę? Co teraz? Wiadomo – od razu zacząłem przeglądać internet i wyczytałem, że powrót do pełnej sprawności może potrwać nawet do roku. Wtedy przełknąłem ślinę i byłem przerażony. Znałem osoby, które były młodsze ode mnie i dawały rady wrócić po tej kontuzji. Koniec końców i mnie się udało.
Co dało Ci siłę do walki o powrót na murawę?
Jak wspomniałem — początki nie należały do najłatwiejszych. Niemniej z czasem zacząłem sobie tłumaczyć, że mam wciąż ambicje i co najważniejsze — bardzo pragnę wrócić na boisko. Gdyby nie było tego sportowego głodu, to od razu mógłbym dać sobie spokój. Dużo też mi dało wsparcie prezesów, kolegów z drużyny, rodziny, przyjaciół, trenerów i kibiców. To nie były jakieś tam wiadomości w stylu „będzie dobrze, trzymaj się, Ryba”. Nasza społeczność jest niesamowita. Dzwoniło do mnie wiele ludzi ze słowami wsparcia, to dało mi jeszcze większą dawkę motywacji. Kto wie, gdyby nie to, to być może dłużej wracałbym do sprawności. Dostałem tyle pozytywnej energii, że po prostu nie mogłem tego zmarnować. Wiedziałem, że gdybym zadzwonił do któregoś z kibiców, to ten od razu by mi pomógł. Niesamowita sprawa. Postanowiłem sobie kilka rzeczy i walczyłem z całych sił o powrót.











