Barcelona to niedościgniona drużyna współczesnej piłki. Prezydenci wszystkich klubów świata chcieliby mieć we władaniu taką firmę. Marzenia w czyny zaczął wcielać Thomas Di Benedetto. Nowy właściciel AS Roma, zatrudniając Luisa Enrique, miał wizję stworzenia z „Giallorossich” maszynę do wygrywanie. Póki co Hiszpan z trudem utrzymuje się na pędzącym koniu.
Przejęcie Romy przez Thomasa Di Benedetto traktowane było jako rychłe nadejście złotych czasów. Miliarder miał spłacić długi, a także sprowadzić piłkarzy, którzy mieliby zapewnić prymat w kraju. Sytuacja finansowa rzymian stała się komfortowa. Po raz pierwszy od lat kibice są spokojni o to, że ich ukochana drużyna nie utonie w długach. Gorzej przedstawia się płaszczyzna sportowa. Thomas Di Benedetto, zatrudniając Luisa Enrique, miał nadzieję, że Hiszpan uczyni z Romy drużynę efektowną, strzelającą dużo bramek, a przede wszystkim zwycięską. Taką jak Barcelona. Niestety kalka nigdy nie będzie taka jak oryginał.

Luis Enrique w zeszłym sezonie doprowadził Barcelonę B do trzeciego miejsca w Segunda Division. Wielu ekspertów zaczęło upatrywać w nim następcę Pepa Guardioli. Sam Enrique nieco zachłysnął się tymi opiniami i podjął się zadania wyciągnięcia Romy z kryzysu. Początków swej pracy nie będzie miło wspominał. Porażka w kwalifikacjach Ligi Europejskiej nie była dziełem przypadku. Ów stan odzwierciedlała postawa rzymian w Serie A. Roma w czterech meczach uzbierała pięć punktów. Wywalczenie ich przyszło w wielkich męczarniach. „Giallorossi” grali w tych spotkaniach bez ładu i składu. Wyglądało to tak, jakby na boisku zebrała się grupka kolegów, która zechciała rekreacyjnie pokopać piłkę. Ile winy w takim stanie rzeczy leży po stronie Luisa Enrique? Na pewno sporo. Przyjęło się, że grzechów głównych jest siedem. Skupmy się jednak wyłącznie na trzech najistotniejszych błędach pracy Hiszpana.
Po pierwsze Luisa Enrique cechuje brak sprecyzowanej wizji gry. Hiszpan wychowany jest w duchu iberyjskiej piłki i chce tę filozofię wszczepić do DNA calcio. Najlepiej taką filozofię prezentowaną przez Barcelonę. Tak się niestety nie da. Starego psa nowych sztuczek się nie nauczy. To samo tyczy się piłkarzy występujących przez kilka lat w Serie A oraz kluczowych zawodników, jak: Francesco Totti, Daniele De Rossi, Simone Perrotta czy Nicolas Burdisso. Sprowadzeni z Hiszpanii piłkarze nie wnoszą zbyt wiele do gry i bardzo powoli uczą się realiów panujących w Italii. Choć w przypadku Pablo Osvaldo tego powiedzieć nie można, bo on jako jedyny okazał się trafionym transferem. Ale o letnich zakupach Romy później. Luis Enrique kompletnie nie potrafi połączyć hiszpańskiej mentalności z włoską. Choć wydawałoby się, że oba kraje różni niewiele, to na niwie sportowej ta różnica jest ogromna. Hiszpania to polot, radość z gry, a Włochy to siła fizyczna oraz konsekwencja taktyczna. Trener „Giallorossich” trochę się w tym zagubił i totalnie improwizuje. Taktyka 4-3-3, jaką preferuje Barcelona, nijak ma się do stylu gry Romy. Po prostu piłkarze z Rzymu nie potrafią tak szybko operować piłką czy błyskotliwie czytać gry. W najbliższej przyszłości raczej się to nie zmieni.










