Dziewiąte miejsce po 25 kolejkach i najgorsza obok Hannoveru 96 ofensywa w lidze. Te dwa określenia na pierwszy rzut oka wydają się wykluczające. Jest jednak w Bundeslidze zespół, który może sobie właśnie je przypisać. Czas prześledzić fenomen Ingolstadt w trwającym sezonie.
Na początek garść statystyk, która zobrazuje, jak beniaminek radzi sobie w tych rozgrywkach ligowych w grze do przodu. Tylko dwukrotnie udało mu się strzelić w meczu trzy bramki (jesienią w wygranym 3:1 meczu z Darmstadt i ze Stuttgartem w starciu, które odbyło się w weekend), trzykrotnie dwie. Czterokrotnie klub z miasta Audi wygrywał jedną bramką, 10-krotnie strzelał przynajmniej gola w meczu, a tyle samo razy kończył spotkanie na zero z przodu.
Choć jeszcze kilka miesięcy temu zachwycał grą w ataku. Wespół z Bochum zespół Ralpha Hassenhuttla miał najlepszą ofensywę w 2. Bundeslidze (53 gole strzelone). Pierwsze skrzypce grali Lukas Hinterseer, Stefan Lex (obaj zapisali na koncie dziewięć trafień), Mathew Leckie i Pascal Gross. Australijczyk i Niemiec siedmiokrotnie pokonywali bramkarzy rywali. Na ogromną laurkę zasłużył zwłaszcza ten ostatni, który był wielkim architektem sukcesu i był wręcz celująco oceniany przez dziennikarzy (imponująca średnia nota w „Kickerze” – 2,5!).
Takie piękne bramki strzelał Ingolstadt na zapleczu
W kampanii 2014/2015 austriacki szkoleniowiec postawił również twardo na stałe ustawienie, mocno ofensywne 4-4-3. Tuż po uzyskaniu promocji nie zmieniał go praktycznie w ogóle. Wyjątkami były mecze z Herthą, Augsburgiem czy Darmstadt. W dwóch pierwszych zespół został przegrupowany w systemie 4-3-1-2, z kolei z beniaminkiem w 4-4-2.
Wyższy poziom i trudy Bundesligi poczuli na własnej skórze piłkarze, którzy jeszcze niedawno strzelali jak miło. Lukas Hinterseer do tej pory czterokrotnie znajdywał drogę do siatki rywala, choć reaktywacja jego formy nastąpiła dopiero po Nowym Roku, ponieważ jesienią 2015 roku strzelił bramkę tylko w pierwszej kolejce z Mainz. Leckie ma po stronie zysków tylko dwa trafienia, Pascal Gross – jedno, choć trzeba przyznać, że jest wielkim talizmanem zespołu, ponieważ wykonuje bardzo dużo pracy, kiedy drużyna przechodzi do ataku. Zawodzi Elias Kachunga, którego ściągnięto latem ze spadkowicza Paderbornu (na razie bez bramki), na wysoki poziom nie może jeszcze wejść Dario Lezcano. Paragwajczyk to najdroższy nabytek w historii bawarskiego zespołu (kosztował 2,5 miliona euro). Były snajper szwajcarskich drużyn w sobotę zdobył debiutanckie trafienie na niemieckich boiskach, kiedy pokonał bramkarza VfB Stuttgart – Przemysława Tytonia. W najbliższym tygodniach przekonamy się, czy będzie to początek dobrej passy, czy tylko łabędzi śpiew 25-latka z Asuncion.











