Kończy się listopad. Załatwiając różne swoje sprawy i goniąc uciekający czas, zapominamy chociażby o tym, że na początku miesiąca wspominaliśmy swoich bliskich zmarłych. Czy w trakcie swoich codziennych zajęć pamiętamy jeszcze o Marku-Vivienie Foe? Czy jest on może tylko tematem do wspominków podczas Wszystkich Świętych? Mało kto z nas zdaje sobie sprawę, że śmierć kameruńskiego pomocnika i kilku innych piłkarzy tak naprawdę była niepotrzebna. Wszystkich dało się uniknąć.
Powoli kończy się pierwsza dekada XXI wieku. Obfituje ona w wiele znakomitych i widowiskowych wydarzeń, zaskakujących triumfów, spektakularnych porażek, efektownych sum transferowych oraz nieoczekiwanych zmian klubów. To jednak tylko jedna strona medalu. Stale zapominamy o tej drugiej, która jest o wiele gorsza. Jak na razie, obecne dziesięciolecie zapisuje się w historii jako okres, w którym coraz częściej dowiadujemy się o rzeczach rzadko spotykanych. Dwudziestoparoletni wysportowani młodzieńcy przez całe życie zajmujący się swoją największą miłością – futbolem – coraz częściej z niewiadomych przyczyn padają na zieloną murawę i już się z niej nie podnoszą. Cały świat wzruszył się, kiedy żegnaliśmy takich zawodników, jak chociażby Marc-Vivien Foe, Miklos Feher, Anotnio Puerta czy w ostatnim czasie Robert Enke. O wszystkich trzeba pamiętać i wspominać przy okazjach rocznic ich urodzin, śmierci czy Wszystkich Świętych. W takich sytuacjach jednak zapominamy o zadaniu jednego bardzo ważnego pytania: Dlaczego? Dlaczego tak się dzieje, że piłkarze coraz częściej umierają, chociaż nadal powinni kontynuować swoje kariery?
Medycyna
Uczelnie medyczne na całym świecie co roku wypuszczają kolejne roczniki młodych i zdolnych lekarzy. Niektórzy z nich, zafascynowani pewnie postaciami serialowymi granymi przez takich aktorów, jak Jane Seymour (Michaela Quinn), George Clooney (Doug Ross) czy Hugh Laurie (Gregory House), znajdują zatrudnienie w futbolu. Pracując dla klubów piłkarskich, przyczyniają do leczenia urazów popularnych chłopaków nieumiejących robić nic poza kopaniem piłki i zarabiających od nich o niebo więcej, pomimo braku wyższego wykształcenia. Tak wyszkoleni specjaliści nie powinni mieć problemów z diagnozowaniem urazów zawodników oraz zapewnieniem im odpowiedniej kuracji. Okazuje się jednak, że nawet sztab dobrze opłacanych i prawdopodobnie wyszkolonych medyków nie jest w stanie zapobiec śmierci piłkarza na boisku. Czy pamiętamy, co podano jako przyczynę zgonu Marka-Viviena Foe? Wrodzoną wadę serca. Przepraszam bardzo, ale czy przy obecnym rozwoju medycyny, coraz lepszym i nowocześniejszym sprzęcie i technikach badawczych, nie można zbadać 20-latka pod kątem ewentualnych uszczerbków zdrowotnych mogących mieć wpływ na jego życie? Gdyby Marc-Vivien Foe żył, w tym roku skończyłby 34 lata i powoli zmierzałby do końca pięknej i bogatej kariery, okraszonej wieloma sukcesami, jak chociażby dwukrotne zdobycie Pucharu Narodów Afryki. Jaki wyciągnięto z tego wniosek? Żaden!
Minęło zaledwie nieco ponad pół roku, a do wieczności odszedł Miklos Feher. Napastnik Benfiki Lizbona padł na boisko w ostatnich minutach ligowego starcia z Vitorią Guimaraes. Pomimo natychmiastowej pomocy medycznej, nie przeżył. Przyczyną jego zgonu okazała się arytmia serca wywołana przez kardiomiopatię przerostową, będącą genetycznym schorzeniem serca. Portugalski klub uhonorował go zastrzeżeniem noszonego przez niego numeru – 29. Wszystko fajnie, tylko co z tego? Czy rezygnacja z przyznawania numeru 29 na koszulkach zwróciła żonie zmarłego męża, a dzieciom ojca? W żadnym wypadku.










