Co ja mam tu napisać? Zupełnie nie wiem. Hiszpańska piłka jest zbyt dziwna, by zajmująca się nią osoba mogła zachować zdrowie psychiczne. Druga kolejka, która była tak naprawdę pierwszą, za nami.
Barcelona gra swoje, Real gra swoje
Człowiek siedzi sobie przed ekranem, ogląda mecz Realu i myśli, że właśnie patrzy na najlepszą drużynę świata, na doskonały – kreatywny, silny, mądry i rozważny – kolektyw. Potem ogląda Barcelonę i zdaje sobie sprawę, że co by się nie działo, jeszcze długo będzie ona o krok, mniejszy lub większy, przed resztą globu. „Królewscy” grają najlepiej, jak się da, a „Blaugrana” i tak jest lepsza. Kastylijczycy i Katalończycy osiągnęli chory poziom. Tu już nie chodzi o dominację w piłce hiszpańskiej – oni ciągle uciekają całemu światu. Jasne, oba Manchestery ostatnio zachwycają, ale mam nieodparte wrażenie, że gdy dojdzie do bezpośredniego starcia na linii Hiszpania – Anglia, skończy się tak jak w finale Ligi Mistrzów. Potencjał iberyjskich hegemonów poraża. Poraża geniusz Messiego, który z każdym meczem jest coraz lepszy i wszechstronniejszy. Porażają strzeleckie umiejętności Ronaldo, który nawet jak gra źle, potrafi ustrzelić hattricka. Wcale nie zdziwię się, jeśli na koniec sezonu 100 punktów nie wystarczy do zdobycia tytułu mistrzowskiego.
Trzeba podziwiać odwagę Pepa Guardioli, który na mecz z czwartą drużyną poprzedniego sezonu wychodzi trzema obrońcami, przywracając do życia znany z czasów „Dream Teamu” system 3-4-3. Chociaż, piszę to z przykrością, Katalończykiem mogła nie kierować odwaga, a prosta analiza sił swoich i rywala. Jeśli Barcelona potrafi eksperymentalnym składem rozbić Villarreal, to znaczy, że nikt nie będzie w stanie się jej przeciwstawić. Real jest niebywale mocny, ale nie wygra więcej niż co trzeciego meczu w drużyną z Camp Nou.
Valencia gra swoje
Lewantyńczycy walczyli z Racingiem, drużyną, która w letnim okienku transferowym, delikatnie mówiąc, się nie wzmocniła, zgłaszając swój akces do grupy zespołów zainteresowanych spadkiem do Segunda Division. Lewantyńczycy po gruntownej przebudowie zakładającej pozbycie się wszystkich kapitanów oraz jedynej prawdziwej gwiazdy nie zmienili się ani trochę. Dalej mają obronę tak dziurawą jak coś bardzo, bardzo dziurawego. Dalej mają charaktery niezłomne jak Clint Eastwood. Dalej są niefrasobliwi jak trzylatek. No i Roberto Soldado dalej posiada mentalność pijanego traktorzysty. Ale tak długo jak ów traktorzysta będzie strzelał hattricki, nikt nie będzie zwracał uwagi na jego dziwną konstrukcję psychiczną.
W poprzednim sezonie Valencia zdobyła naprawdę mnóstwo punktów w ostatnich minutach meczu. W pierwszym spotkaniu rundy jesiennej było tak samo – z 1:3 do 4:3. „Los Ches” będą grali tak jak rok temu i zajmą takie samo miejsce jak rok temu. Takie są prawa natury. Nie wolno ich podważać, bo będą trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów i wybory w PZPN.
Sevilla gra swoje
Andaluzyjczycy grali z Andaluzyjczykami w derbach, nie zgadniecie, Andaluzji. Wygrali Andaluzyjczycy. Na szczęście, bo byłoby wstydem, gdyby ktoś inny wygrał derby Andaluzji. Czego się dowiedzieliśmy? Że Manu Pellegrini jest troszkę zbyt ostrożny i uległy – wystawił skład, który mimo że opierał się na graczach niedawno kupionych, zawierał też spory procent zawodników, którzy grali w Maladze już rok temu. Nie było to mądre, zwłaszcza w obronie. Mam wielki szacunek do Eliseu, Gameza i „Apono”, ale Sergio Sanchez, Nacho Monreal i Maresca/Buonanotte są od nich po prostu znacznie lepsi. Chilijski trener zapewne nie chciał mocno odcinać się od weteranów drużyny, ale teraz nie będzie miał wyjścia. Jeśli Malaga naprawdę chce walczyć o Ligę Mistrzów, nie może pozwalać piłce tak łatwo wpadać w pole karne. Gdyby na miejscu Sevilli stała Barcelona, piłkarze ropą płynącego klubu przez miesiąc nie byliby w stanie wyjść z traumy spowodowanej bezlitosną rzezią, przed którą chłopcy Guardioli by się nie cofnęli.










