Można się śmiać, można krytykować, można się wściekać… W internecie aż roi się od obrazków czy tekstów wyśmiewających sytuację Realu i Atletico w lidze hiszpańskiej. -13 i -9 to temperatury panujące odpowiednio na Estadio Santiago Bernabeu i Vicente Calderon. Jest to oczywiście nawiązanie do straty punktowej obydwu stołecznych ekip do liderującej Barcelony.
Wszystko wskazuje na to, że liga jest już rozstrzygnięta. Mówił o tym sam Jose Mourinho, choć zawodnicy Realu Madryt, jak Iker Casillas czy Xabi Alonso, uważają inaczej. Może nie tyle uważają, co wierzą w to, że zdarzy się cud i Barcelona zacznie seryjnie tracić punkty, a „Królewscy” do końca sezonu będą demolować każdego napotkanego rywala. Barcelonę bez wątpienia czeka jeszcze kryzys formy, kiedy ligowi średniacy uszczkną wicemistrzowi Hiszpanii kilka punktów, ale chyba nikt nie wierzy w to, że „Blaugrana” miałaby roztrwonić aż tak dużą przewagę.

Sobotni mecz „Barcy” z Atletico to drugie spotkanie w tym sezonie, które utwierdziło nas w przekonaniu, że „Los Rojiblancos” nie mają jeszcze zespołu będącego w stanie nawiązać równorzędną walkę z dwoma hiszpańskimi gigantami. Podopieczni Diego Simeone najpierw przegrali z Realem, a teraz z Barceloną. I mimo że nad „Królewskimi” ciągle mają dość bezpieczną przewagę, to i w tej kwestii nie ma raczej wątpliwości – na koniec sezonu pierwsze dwa miejsca okupować będą drużyny Tito Vilanovy i Jose Mourinho. A może Jose Mourinho i Tito Vilanovy? Kolejność niech każdy sobie wybierze, ale – jak już wspominałem i nad czym swoją drogą ubolewam – odebranie pierwszego miejsca katalońskiej drużynie jest praktycznie niemożliwe.
Kiedy Real remisował na inaugurację sezonu z Valencią, nikt nie przypuszczał, że sytuacja na Estadio Santiago Bernabeu jest tak zła. Swoją drogą nikt nie przypuszczał wówczas także, że tak słaba na starcie rozgrywek będzie też drużyna „Nietoperzy”. Z każdym kolejnym meczem „Los Blancos” pokazywali jednak, że do formy z zeszłego sezonu bardzo wiele im jeszcze brakuje. W miniony weekend podopieczni Mourinho stracili kolejnego gola po stałym fragmencie. Centry z rzutów wolnych i rożnych to prawdziwe przekleństwo mistrza Hiszpanii, który przecież ma w składzie świetnych specjalistów od gry głową. Sergio Ramos i Pepe to chłopy jak dęby, a trzeba powiedzieć, że jeśli chodzi o defensywne stałe fragmenty, to Real jest jedną z najsłabszych drużyn w tym aspekcie spośród całej czołówki w La Liga, a być może i w całej lidze. Mourinho był pytany o to wielokrotnie i za każdym razem odpowiadał wymijająco, twierdząc, że dziennikarze sportowi sami najlepiej powinni wiedzieć, co jest przyczyną takiego stanu rzeczy.
Jednak nie tylko gra w obronie zawodzi w tym sezonie. Problem leży również w ofensywie. Tak na dobrą sprawę jedynie Cristiano Ronaldo trzyma jako taki poziom. Portugalczyk strzela z taką samą regularnością jak w zeszłym sezonie, jednak nie można nie zauważyć tego, że i on gra w tych rozgrywkach dużo słabiej niż przed rokiem. CR7 na tym samym etapie w minionym sezonie przy identycznej liczbie występów miał na swoim koncie ledwie jednego gola więcej, ale gdy mieliśmy grudzień 2011 roku, wszyscy zachwycaliśmy się popisami kapitana reprezentacji Portugalii. Teraz jest zgoła inaczej. Szwankuje jednak cała ofensywa klubu. Przed rokiem po 16 kolejkach Ligi Mistrzów, fazie grupowej i innych oficjalnych starciach madrytczycy mogli się pochwalić średnią 3,1 bramki na mecz. Teraz średnia ta wynosi jedynie 2,4 gola na spotkanie. Co gorsza, w tym roku „Królewscy” oddali już blisko 100 strzałów więcej niż dwanaście miesięcy temu. Jaka jest tego przyczyna? Chyba sam Mourinho nie ma pojęcia. Brak Gonzalo Higuaina? Bardzo możliwe, ale przecież na Argentyńczyka zawsze psioczono, że potrzebuje trzech okazji, aby w końcu wpisać się na listę strzelców…











