Wielki pojedynek Barcelony z Realem już powoli odchodzi do historii. To dobry moment, żeby zastanowić się nad fenomenem tych spotkań, które od wielu lat wywołują tak skrajne emocje. Nie sposób także przejść obojętnie obok zwycięstwa piłkarzy z Madrytu w ostatnim meczu z Sevillą czy przegranej Valencii.
Po Gran Derbi już zdążył opaść kurz i chyba dobrze, ponieważ balon pompowany wokół tego starcia urósł do takich rozmiarów, że każdy miał tego dość. Trudno przemilczeć to, że mecz, w którym mierzyły się rzekomo dwie najlepsze ekipy świata, był pokazem bardzo brzydkiej, nieczystej gry, a futbol schodził w nim na dalszy plan. Dominowały przebiegłość i boiskowe wyrachowanie, które jednak nie wyrażało się w brawurowych dryblingach czy kosmicznych sztuczkach technicznych, ale grze aktorskiej.

Wbrew pozorom wcale nie uderzam tylko w Barcelonę, gdyż Real wcale nie był lepszy. Dotąd faktycznie to „Barca” dominowała w tej kwestii, lecz trzeba przyznać, że „Los Blancos” przyjęli tę formę gry i zapewne te mecze już tak będą wyglądały. Nie mogę nie wspomnieć o pięknej bramce Sancheza. To jeden z tych goli, po których nawet najzagorzalsi fani Realu i jednocześnie antyfani Barcelony kręcą głową w geście zrezygnowania i przyznają, że to było coś.
Czy sędzia powinien odgwizdać rzut karny i co by się wydarzyło później, kiedy już ten gwizdek oznaczałby rzut karny? A co by jeszcze się stało, gdyby po karnym padła bramka? O litości, kiedyś powszechnie funkcjonowało powiedzenie: „Gdyby babka miała wąsy, toby była dziadkiem”. To jest futbol i właśnie często jakaś forma niesprawiedliwości zmieszana z kontrowersją i odrobiną chaosu powoduje, że piłka nożna tak nam smakuje. Oczywiście, że powinien być rzut karny, ponieważ na powtórkach wszystko widzimy dokładnie, lecz taki już jest ten sport, że nie zawsze jest sprawiedliwie. Paradoksalnie o to też w futbolu chodzi – aby wzbudzał emocje, często również te negatywne, może nawet częściej.
Środowe zwycięstwo Realu Madryt wszystkich zachwyciło – i słusznie. W końcu nie zawsze strzela się siedem goli w meczu. Czy jednak ktoś zauważył, że piłkarze z Madrytu stracili również trzy bramki? Z jednej strony świetna gra w ofensywie, a w drugiej trójka w plecy. Oczywiście, że kontrowersyjny był rzut karny dla Sevilli, ale pamiętajmy, iż ta drużyna zajmuje dziesiąte miejsce, a przed sezonem wszyscy ustawiali ją bardzo wysoko i niemal naturalną koleją rzeczy była jej obecność w czubie tabeli. Real z kolei zajmuje trzecią lokatę i to, że pozwolił sobie na trzy tak dotkliwe błędy w starciu z tak mizernym ostatnio rywalem, źle świadczy o podopiecznych Carlo Ancelottiego.
Drużyna Valencii popisała się niesłychaną sztuką. Przegrać z czerwoną latarnią ligi to sztuka trudna do opanowania. Do niedawna niełatwo było sobie wyobrazić tę drużynę w środku tabeli, tymczasem doszło do tego, że zamiast piąć się w górę, dostaje ona łomot od Almerii. Taki już los tego klubu w tym sezonie, choć kibice upatrują szansy na progres w zmianie trenera Djukicia, którego mają serdecznie dość. Trudno się z nimi nie zgodzić, ponieważ Serb podejmuje często bardzo dziwne decyzje kadrowe. Do tego dochodzi przygotowanie motoryczne i taktyczne, do którego można mieć wiele zastrzeżeń. Dawno nie było takiej Valencii, która tak kiepsko radziła sobie w lidze. Tylko szczęśliwe zwycięstwa nad Rayo Vallecano i Granadą sprawiły, że ten bardzo ważny dla ligi hiszpańskiej klub nie znajduje się obecnie w strefie spadkowej. Martwi to tym bardziej, że jeszcze w kilku poprzednich sezonach ta ekipa była jedną z nielicznych, które potrafiły pogrozić palcem nawet takim drużynom jak Real czy Barcelona. Teraz traci punkty z Almerią. Katastrofa.










