Na Półwyspie Iberyjskim nikt nie zaprząta sobie głowy setną bramką Higuaina w lidze czy piętnastym meczem z rzędu Messiego ze strzelonym golem. Wszystkie te wydarzenia są oczywiście odnotowywane, ale mimo to żyje się tylko i wyłącznie szalonym tygodniem, w którego trakcie aż dwukrotnie dojdzie do starcia Realu Madryt z Barceloną. Pierwsze już dzisiaj.

W 25. kolejce Primera Division męczyli się wszyscy giganci. Real o mały włos nie przegrał na przeklętym El Riazor, stadionie najsłabszej drużyny tego sezonu. Wypompowana ostatnimi czasy Barcelona męczyła się u siebie z Sevillą. Atletico miało teoretycznie najtrudniej, bo mierzyło się z przeżywającym renesans formy Espanyolem. Liderująca trójka koniec końców komplety punktów jednak zdobyła. Liga nikogo już jednak za bardzo nie interesuje. Barcelonie wystarczy wygrywać jak najmniejszym nakładem sił, a w białej części Madrytu są chyba święcie przekonani, że w końcu nadejdzie moment, w którym drugie miejsce w ligowej tabeli po prostu się zwolni. Choć madridismo zdaje sobie sprawę, że tytuł powędruje w ręce Barcelony, nie do pomyślenia jest zakończenie rozgrywek za plecami Atletico Madryt. Do rozegrania ciągle jest bezpośredni pojedynek pomiędzy obydwoma stołecznymi zespołami. „Rojiblancos” zdają się trzymać poziom, ale czy są w stanie utrzymać drugie miejsce do końca? Raczej wątpliwe, choć do formy wraca chyba Radamel Falcao, który w ostatnich dwóch meczach zapewnił swojej drużynie zwycięstwa. Z Rubinem w Lidze Europy na nic się to zdało, ale już gol z Espanyolem był golem niezwykle ważnym.
Sytuacja w ligowej tabeli sprawiła, że po raz pierwszy od dawien dawna uwaga zdecydowanie bardziej skupiona jest na rozgrywkach Pucharu Króla. Dla Realu to jedna z szans na uratowanie sezonu, a Barcelona – jak przystało na największego wroga – będzie chciała sprawić, że „Królewscy” po raz kolejny zakończą sezon bez żadnego tytułu. Superpucharu Hiszpanii jakoś nikt w te najważniejsza trofea nie wlicza. Smaczku starciom Realu z Barceloną dodaje dodatkowo fakt, że obydwie ekipy nie najlepiej poradziły sobie w pierwszych meczach 1/8 finału Ligi Mistrzów. Szalony przełom lutego i marca bardzo wiele nam wyjaśni. Eksperci z całej Europy pozostają zgodni i twierdzą, że pucharowy klasyk jest zdecydowanie ważniejszy od tego ligowego. Śmiało można prorokować, że w sobotnim meczu ligowym Real będzie chciał po prostu nie przegrać, chyba że już teraz planuje rozpocząć pogoń za Atletico. Tak pewnie by było, gdyby nie fakt, że już za tydzień „Los Blancos” czeka najważniejszy mecz tego sezonu – rewanż z Manchesterem w Lidze Mistrzów. Real ma jednak pewną przewagę.












