29. kolejka Primera Division pokazała, że w ostatnich tygodniach tegorocznego sezonu z dużo większymi wypiekami na twarzy śledzić powinniśmy wydarzenia z dolnej części tabeli. Zarówno Barcelona, jak i Real i Atletico potraciły punkty, a na dole działo się coś bardzo ciekawego. In plus zaskakuje Deportivo, które – skazywane już jakiś czas temu na spadek do Segundy – ciągle ambitnie walczy.
Progres formy zespołu z El Riazor jest zdecydowanie widoczny. W ostatnich czterech spotkaniach podopieczni Fernando Vazqueza przegrali tylko jeden mecz i był to mecz z Barceloną. Oprócz tego zaskakująco urwali punkty Rayo Vallecano, a także pokonali Celtę Vigo i Mallorcę – rywali, z którymi bezpośrednio walczą o utrzymanie w La Liga. Ciągle zasadne jest jednak pytanie, czy „Super Depor” jest w stanie do końca sezonu utrzymać dobrą formę i skutecznie powalczyć o uniknięcie degradacji? Najgorszy dla Galisyjczków jest fakt, że nie tylko oni walczą o życie. Gdyby sytuacja była zależna tylko od Valerona i spółki, prawdopodobnie w przyszłym sezonie nadal oglądalibyśmy Deportivo w najwyższej klasie rozgrywkowej, czego pewnie bardzo byśmy sobie życzyli. Depor to ciągle Depor. Gdyby faktycznie jakimś cudem udało się utrzymać w La Liga, w lecie znowu doszłoby do rewolucji kadrowej, dzięki której – kto wie, kto wie – Deportivo nie walczyłoby już tylko o utrzymanie, a o miejsce w środku tabeli. Do tego jednak bardzo długa droga.
W najbliższy weekend Deportivo czeka mecz o sześć punktów. Mecz, który ostatecznie pokaże nam, czy w ostatnich kolejkach tego sezonu mistrz Hiszpanii z 2000 roku jest w stanie stoczyć heroiczny bój o utrzymanie. Mowa o starciu na własnym stadionie z Realem Saragossa – zespołem, który w ostatnich tygodniach również pokazuje, że niespieszno mu do drugiej ligi. Celem drużyny z La Romareda było rozpoczęcie zbierania punktów właśnie od najbliższego meczu z Deportivo. Remis z Realem Madryt był przemiłą niespodzianką, która – o ironio – może nieco zespołowi z Aragonii zaszkodzić. Są zespoły, które podbudowują się po sukcesach z potentatami, są też takie, które w kolejnych meczach spoczywają na laurach. Saragossa wie, że na rozluźnienie pozwolić sobie nie może, ale zaryzykuję stwierdzenie, że zdecydowanym faworytem konfrontacji Deportivo z Realem będą gospodarze. Po pierwsze, właśnie ze względu na atut własnego boiska. Po drugie, Deportivo – ot tak, samo z siebie – gra w ostatnich meczach zdecydowanie lepiej, żeby nie powiedzieć bardzo dobrze. Saragossie po prostu dopisuje mnóstwo szczęścia. Remis z Realem przyjęto z wielkim zadowoleniem, ale każdy, kto ten mecz oglądał, wie, że momentami wyglądało to tak, jakby „Królewskim” nie chciało się walczyć o coś więcej niż jeden punkt. W głowach piłkarzy Jose Mourinho był już tylko turecki Galatasaray i jeden niewielki krok od awansu do półfinału Ligi Mistrzów.
Daleko mi do ferowania opinii, że walka Celty, Granady, Saragossy czy Deportivo będzie ciekawsza od przepychanek o miejsca w europejskich pucharach, ale nie można nie zauważyć, że w miniony weekend zdecydowanie ciekawiej było właśnie w dole tabeli. Barcelona i Real poremisowały na stojąco, Atletico nie pokazało tak naprawdę nic w hicie z Valencią, podobnie jak Betis z Getafe. Jedynie Malaga utrzymała poziom, ale ona utrzymać go musiała. Andaluzyjczycy byli zmuszeni do gry w wyjściowym składzie, do sprawienia sobie prezentu przed najważniejszym spotkaniem w historii klubu. Trener Borussii Dortmund, Jurgen Klopp, obejrzy na powtórkach świetnie dośrodkowującego Pedro Moralesa, w końcu strzelającego Julio Baptiste i pewnego Willy’ego Caballero. Do tego dochodzi… kiepski występ Isco. Hiszpańska perełka „Los Boquerones” przeciwko Rayo Vallecano wyraźnie się oszczędzała, a i Manuel Pellegrini zmienił go przed ostatnim gwizdkiem arbitra. Malaga ogólnie pokazała jednak, że w meczu z Borussią wcale nie musi być bez szans.










