W niemalże każdym kraju na świecie najpopularniejszą dyscypliną jest piłka nożna. Futbol, bądź też Soccer jak mawiają Amerykanie, jest nieodzowną częścią historii naszej planety. Wprawdzie to nie od niego zaczęto budować kulę ziemską, jednak gdyby nie piłka nożna, kto wie czy zwaśnione narody stanęłyby w ogóle do sprawiedliwej i sportowej rywalizacji. Niektóre kraje traktują ten rodzaj sportu jak religię. Idę o zakład, że i w Polsce znajdziemy mnóstwo takich osób. Piłka nożna to meritum naszego życia. Wychowani na boisku szkolnym czy za blokiem, każdy z nas zna urok kopanej. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak wielki wpływ mają na nią pieniądze.
Można polemizować, która liga świata jest najbardziej widowiskowa i posiada największą rzeszę fanów. Dla jednych jest to siłowy futbol angielski, inni wolą techniczną Hiszpanię, jeszcze inni preferują włoskie catenaccio, znajdą się też fani rodzimej ligi, a i jest coraz więcej kibiców niemieckiej konsekwencji. Przydzielono mnie do hiszpańskiego futbolu, dlatego to o nim będę pisał najwięcej, choć nawiązań do obcych drużyn również nie zabraknie.

Liga hiszpańska jest obecnie jedną z najlepszych lig świata. Tego nikt nie ujmuje Hiszpanom. Świadczą o tym także wyniki osiągane przez reprezentację, natomiast futbol klubowy na arenach zagranicznych kuleje. Czym to jest spowodowane, dlaczego Real, Barcelona, czy też inne zespoły nie potrafią sprostać średniakom z obcych lig? Można by długo nad tym rozprawiać, doszukiwać się głębszego sensu, ale wystarczy spojrzeć na tabelę ligową i wszystko będzie jasne. O ile liga włoska jest dla wielu nudna i ścisk w czubie tabeli świadczy bardziej o nieporadności Interu, Milanu czy Romy, nie wspominając o Juventusie, o tyle liga hiszpańska posiada dwóch królów, Barcelonę i Real. Dwa zwaśnione kluby, które swoim poziomem sportowym odskoczyły o lata świetlne od pozostałych. Niestety moi drodzy, poziom tych zespołów nie jest wysoki, a to za sprawą braku konkurencji. Jeśli Real jedzie do Jerez czy Almerii, można śmiało dopisać mu trzy punkty, natomiast gdy Inter, Milan czy inny klub zupełnie z innej ligi pojedzie nawet do drużyny okupującej ostatnie miejsce ligowej tabeli, musi liczyć na ciężki, twardy bój. Nie wiem, może to syndrom Hiszpanii, że każdy kładzie się przed mocniejszymi, ale traci na tym cały kraj, gdyż w rozgrywkach europejskich te zespoły nie potrafią sobie poradzić z presją i zaangażowaniem wytworzonym przez rywali.
Jasne, że moglibyśmy doszukiwać się braków personalnych w słabszych drużynach, ale to przecież jest konsekwencją czegoś wytworzonego wcześniej. W życiu, tak samo jak w futbolu, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to nasuwają się kwestie finansowe. Swego czasu w ubiegłym sezonie kluby hiszpańskiej La Ligi groziły strajkami, odmawiając wyjścia na murawę. Czy ktoś z Was wie, czym było to spowodowane? Pewnie niektórzy kojarzą te dramatyczne fragmenty sezonu, jednak wisienką na torcie jest wymowa tego zjawiska. Chodziło o sprzedaż praw transmisyjnych na najbliższe mecze. Wprawdzie z tym było wszystko w porządku, chodziło jednak o podział pieniędzy z tychże praw. Jak zwykle najwięcej dostali Real i Barcelona, najmniej Xerez, Almeria czy Gijon, a to dlatego, że ich mecze transmitowane były rzadziej. Tutaj tworzą się podziały. Jedni będą trzymać stronę władz ligi, którzy dobrze robią polecając emisję spotkania „Królewskich” i „Blaugrany”, jednak osobiście wolałbym, aby ten podział był bardziej sprawiedliwy i aby każdy zespół można było oglądać mniej więcej tyle samo razy. Trudno, możne atrakcyjność sprzedaży spadnie, ale to wiąże się z kolejnymi konsekwencjami.












