A to dopiero historia, Barcelonę da się pokonać! Choć czy faktycznie? Czy nie jest przypadkiem tak, że Katalończycy przegrali z Realem Sociedad na własne życzenie? Trzeba oddać wszelkie zasługi Baskom, ale nie można nie zauważyć dość osobliwego zachowania zespołu wicemistrza Hiszpanii.
Kiedyś w końcu i podopiecznych Tito Vilanovy musiał dopaść lekki kryzys. Wszystko wskazuje na to, że ten czas właśnie nadszedł, bo jak inaczej wytłumaczyć dwa mecze z rzędu bez wygranej? Wiadomo – każdemu przytrafiają się słabsze spotkania, ale patrząc na to, jak prezentowali się Katalończycy w meczach z Malagą i Realem Sociedad, nasuwa się pewna niepokojąca dla fanów „Blaugrany” myśl. Nawet chwilowe odpuszczenie rywalowi w momencie, kiedy wydaje się, że wynik jest niezagrożony, jest dla zespołu pokroju Barcelony absolutnie niedopuszczalne. W środku minionego tygodnia zganiła ją Malaga, zdobywając jakże cennego gola na 2:2 w doliczonym czasie gry, grając dodatkowo w osłabieniu. Podobnym wyczynem mogą teraz chwalić się zawodnicy Realu Sociedad, którzy stali się sensacyjnym pierwszym ligowym pogromcą „Dumy Katalonii” w tym sezonie.

Oglądając spotkanie pucharowe z Malagą, wielu z Was zapewne zastanawiało się, dlaczego chłopcy Tito Vilanovy nie prezentowali w drugiej połowie takiej dyspozycji jak przed przerwą. Prawdopodobnie dlatego, że po szybkiej odpowiedzi Messiego i Puyola na bramkę Iturry „Barca” myślała, że jakoś to wszystko się już do końca ułoży. I o ile pierwsze fragmenty drugiej odsłony można jakoś wytłumaczyć, o tyle postawy Barcelony w ostatnim kwadransie, kiedy to zaczęła grać z przewagą jednego piłkarza, już absolutnie nie. Po wysłaniu do szatni Nacho Monreala Katalończycy w ogóle nie sprawiali wrażenia drużyny, która chciałaby przypieczętować zwycięstwo i znacząco przybliżyć się do półfinału Pucharu Króla. Wszak wynik 2:1 ani nie jest imponujący, ani tym bardziej bezpieczny, zwłaszcza że Malaga nie jest chłopcem do bicia, tylko zespołem, który w obecnym sezonie pokonał już choćby „Królewskich” z Madrytu. Piłkarze Pellegriniego pomyśleli sobie, że skoro Barcelona chce się w rewanżu jeszcze trochę podenerwować, to przydałaby się jeszcze jedna bramka, która nada meczowi na La Rosaleda dodatkowych rumieńców. I bach – 90. minuta, gol Ignacio Camacho i niespodziankę mamy gotową. Ale fani na Camp Nou mogli przeczuwać, że coś się święci. Jeśli Iniesta, Messi i spółka niezbyt chętnie szturmują bramkę Kameniego, to co się dziwić.
Dużo bardziej zaskakujący był jednak sobotni mecz, w którym to Barcelonę na własnym stadionie podejmował Real Sociedad. Tito Vilanova przeżył na Anoeta swoiste deja vu. W poprzednim sezonie zasiadał na ławce obok Pepa Guardioli i również musiał przełknąć gorzką pigułkę. A najgorsze jest to, że „Barca” absolutnie nie wyciągnęła jakichkolwiek wniosków z zeszłorocznego spotkania. Jak to było? Ano niemal identycznie jak przed dwoma dniami. Barcelończycy od pierwszego gwizdka całkowicie zdominowali rywala, stwarzali okazje bramkowe i w końcu dopięli swego. 9. minuta Xavi, 11. minuta Fabregas i kibice piłkarscy już pewnie zaczęli licytacje – ile to jeszcze razy Claudio Bravo będzie musiał tego wieczora wyciągać piłkę z siatki. A Bravo zrobił wszystkim na złość. Do końca pierwszej połowy „Barca” próbowała jeszcze co jakiś czas ofensywnych szarż, ale nie na tyle groźnych, żeby wbić gwóźdź do baskijskiej trumny. Po zmianie stron to Sociedad zafundował swojemu rywalowi iście szatańskie 120 sekund i za sprawą Agirretxe i Griezmanna doprowadził do wyrównania. Remis 2:2 utrzymał się do samego końca i już w 3. kolejce ligowej ekipa z Camp Nou straciła punkty.












