Historia Lechii Gdańsk – Niezapomniane mecze z Juventusem Turyn


Wspomnienia ze wspaniałego sezonu 1983/1984 w wykonaniu Lechii Gdańsk

24 marca 2020 Historia Lechii Gdańsk – Niezapomniane mecze z Juventusem Turyn
Archiwum prywatne Aleksander Cybulski

Początek lat 80. był najpiękniejszym okresem dla Lechii Gdańsk, kto wie, czy nie najlepszym w historii tego klubu. Kto by pomyślał, że wówczas trzecioligowy zespół sięgnie po Puchar Polski, a parę miesięcy później pokona w walce o superpuchar kraju ówczesnego wtedy mistrza, Lecha Poznań? Jeszcze większym zaszczytem dla drużyny z Gdańska była potyczka w Pucharze Zdobywców Pucharów z wielkim Juventusem Turyn, podczas której zawodnicy Lechii gwiazdy tego zespołu mogli podziwiać tylko w telewizji. To były wtedy niezapomniane chwile dla piłkarzy z Pomorza.


Udostępnij na Udostępnij na

Głównym architektem odrodzenia Lechii Gdańsk był sponsor, Nikodem Skotarczak, to za jego kadencji „Budowlani” odnosili największe sukcesy w historii klubu. W sezonie 1982/1983 ekipa z Pomorza wywalczyła awans do II ligi, ale największą sensacją było zdobycie Pucharu Polski przez trzecioligowca. Kto wie, czy wywalczenie tego tytułu przez Lechię nie okazało się największą niespodzianką w historii polskiej piłki nożnej. Ogólnie był to chyba najbardziej niespodziewany finał Puchar Polski, gdyż zmierzyły się w nim ekipy, które nie grały w najwyższej klasie rozgrywkowej.

W finale Pucharu Polski rywalem Lechii Gdańsk był drugoligowy Piast, który w tamtym sezonie należał do czołówki ligowej tabeli II ligi. Faworytem tego spotkania pozostawała oczywiście ekipa z Gliwic, która już rok wcześniej na papierze wyglądała lepiej personalnie. Jednak piłkarze z Gdańska pokazali w tamtym sezonie, że grać w piłkę potrafią i nie boją się nikogo. Tak było i tym razem, trzecioligowa Lechia pokonała w finale ekipę z Gliwic 2:1, a strzelcami bramek dla „Budowlanych” byli Krzysztof Górski i Marek Kowalczyk. Dzięki temu triumfowi drużyna z Pomorza mogła wziąć udział w europejskich rozgrywkach w Pucharze Zdobywców Pucharów, w którym czekał na nią w pierwszej rundzie wielki Juventus Turyn. Jednak najpierw lechici musieli zmierzyć się w Superpucharze Polski z mistrzem kraju – Lechem Poznań.

Kolejna niespodzianka i kolejny puchar do kolekcji

Spotkanie pomiędzy beniaminkiem II ligi a mistrzem Polski było pierwszym w historii meczem o Superpuchar. Dziwną historią było to, że ten pojedynek prowadził miejscowy sędzia, Henryk Klocek, z OZPN Gdańsk, a zamiast żółtych kartek zawodnicy otrzymywali kary czasowe, tak samo jak w hokeju.

Faworyt był tylko jeden – mistrz Polski, Lech Poznań, którego prowadził Wojciech Łazarek, a w składzie posiadał takich zawodników jak Mirosław Okoński i Ryszard Szewczyk. Od początku spotkania, tak jak przewidywali eksperci, dominowali piłkarze z Poznania. W pierwszej części meczu beniaminka II ligi kilkakrotnie ratował bramkarz, Tadeusz Fajfer, który obronił nawet karnego wykonywanego przez świetnego napastnika, Mirosława Okońskiego. Dość niespodziewanie po przerwie inicjatywę przejęli zawodnicy z Gdańska. Świetne spotkanie oprócz wspomnianego Fajfera rozgrywała również dwójka nowych pomocników – Maciej Kamiński, który do Lechii przyszedł z Polonii Bydgoszcz, oraz Aleksander Cybulski ze Stoczniowca Gdańsk.

Prawdziwym bohaterem tego spotkania został jednak nowy napastnik Lechii, Jerzy Kruszczyński, który przybył do Gdańska z Arkonii Szczecin. Kiedy wszyscy kibice szykowali się na serię rzutów karnych, napastnik lechitów pod koniec meczu w pięknym stylu przelobował bramkarza mistrza Polski i zdobył bramkę, która, jak się okazało, była na wagę triumfu. Tym samym podopieczni trenera Jerzego Jastrzębowskiego sprawili kolejną wielką sensację i po sukcesie w Pucharze Polski zdobyli kolejne trofeum – Superpuchar Polski. Puchar wykonany z bryły węgla przez bytomskich górników „Szombierki” odebrał ówczesny kapitan lechitów, Lech Kulwicki.

Wyprawa do Turynu i pojedynek z wielkim Juventusem

Lechia Gdańsk jako zdobywca Pucharu Polski mogła wziąć udział w europejskich rozgrywkach, jakim był Puchar Zdobywców Pucharów. Los sprawił, że „Biało-zieloni” w pierwszej rundzie trafili na słynny Juventus Turyn, który posiadał w składzie pięciu mistrzów świata z 1982 roku oraz Michaela Platiniego i naszego Zbigniewa Bońka. Dla piłkarzy Lechii było to największe przeżycie w ich karierze, kto wie, czy nie w życiu. Podczas pobytu we Włoszech graczy z Gdańska na audiencji przyjął papież Jan Paweł II. O tym, co czuli zawodnicy drugoligowca, kiedy okazało się, że zagrają z włoskim gigantem, opowiedział nam uczestnik spotkań z Juventusem Turyn, Aleksander Cybulski, który w barwach Lechii Gdańsk przez siedem lat rozegrał 213 oficjalnych spotkań.

Czuliśmy wielką satysfakcję i niepokój, przyszło nam się zmierzyć z najlepszą drużyna klubową tamtego okresu. Zespół naszpikowany wielkimi nazwiskami: Platini, Boniek, Rosi, Gentile, Scirea i wielu innych. Przed losowaniem w rozmowach mówimy, jak spaść, to z wysokiego konia, i to się udało, kto by dzisiaj pamiętał, jak byśmy odpadli z jakimś średniakiem, ten mecz to historia piłki, przemian, jakie w tym okresie dotyczyły naszego kraju, i dlatego zawsze będzie wspominany jako wielkie wydarzenie – opowiada Aleksander Cybulski.

Oczywiście nikt nie wierzył w to, że beniaminek II ligi zdoła wyeliminować jeden z najlepszych klubów na świecie. Nikt nie miał prawa wymagać tego od piłkarzy trenera Jerzego Jastrzębowskiego, przecież jeszcze parę miesięcy wcześniej praktycznie ci sami gracze biegali po wiejskich boiskach w III lidze. Dla zawodników Lechii miała to być wspaniała przygoda oraz lekcja, która zaprocentuje w przyszłości. Oczywiście żaden z gdańszczan nie chciał się poddać przed rozpoczęciem meczu wielkiej drużynie. Dla wielu z nich była to szansa na wybicie i pokazanie się europejskiej piłce.

Wierzyć trzeba zawsze, taka idea jest przypisana rywalizacji sportowej, do ostatniego gwizdka. My chcieliśmy się pokazać z jak najlepszej strony sportowej w konfrontacji z wielkim „Juve”. Od samego początku byliśmy skazywani na przegraną, ale po dotkliwej porażce w Turynie u siebie przy nadkomplecie publiczności bardzo zależało nam dobrym widowisku, i to się nam w pełni udało. Wszyscy byli zadowoleni: działacze, kibice, piłkarze – mówi Aleksander Cybulski.

W pierwszym spotkaniu w Turynie Juventus pokazał Lechii prawdziwą lekcję futbolu. Wynik 7:0 zobrazował, jaka różnica jest między drużyną klasy światowej a zespołem z II ligi polskiej. Jednak gdańszczanie na początku meczu nie murowali bramki, grali dość odważnie i byli jako pierwsi blisko objęcia prowadzenia. Niestety później do głosu doszły gwiazdy z Turynu, które w pierwszej połowie wbiły podopiecznym Jerzego Jastrzębowskiego cztery gole. Po dwie bramki strzelili Michael Platini i Domenico Penzo. W drugiej połowie znów dominacja włoskiej ekipy, która zaaplikowała gdańszczanom trzy bramki. Kolejne dwie strzelił wspomniany Penzo oraz jedną Paolo Rossi.

Prawdziwym bohaterem Lechii został bramkarz, Tadeusz Fajfer, który w drugiej połowie obronił karnego Paolo Rossiego. 40 tysięcy włoskich kibiców głośno oklaskiwało wyczyn polskiego golkipera. W końcówce spotkania Lechia była blisko zdobycia honorowej bramki, jednak niestety się nie udało. Spotkanie zakończyło się wynikiem 7:0 i rewanż w Gdańsku był ostatnią przygodą Lechii w europejskich pucharach. Trzeba jednak powiedzieć, że piłkarze Jerzego Jastrzębowskiego nie skompromitowali się, byli gorsi od włoskiej ekipy w każdym aspekcie gry, jednak zawodnicy gdańskiej ekipy zdobyli dużą sympatię we Włoszech. Dzięki odwadze i ambicji.

O krok od sprawienia sensacji w rewanżu

Do Gdańska drużyna z Turynu przyjechała tylko po to, żeby zagrać mecz. Zbyt duża przewaga z pierwszego spotkania była spora, aby lechici mogli myśleć o awansie do następnej rundy. Niewiele brakowało, a do rewanżu na stadionie przy ulicy Traugutta by nie doszło, gdyż między starym ogrodzeniem a pierwszym stopniem wytworzyła się szczelina na około 80 centymetrów szerokości. Delegat UEFA stanowczo wówczas powiedział, że jeśli nie zostanie ona usunięta, to nie wyda zgody na rozegranie meczu. Drużynę z Gdańska uratował wtedy Johny River, który za zorganizowanie pobytu piłkarzy we Włoszech zażądał w zamian wystawienia baneru Marlboro podczas meczu w Gdańsku. Ta reklama uratowała starcie, gdyż jej wysokość oraz szerokość zlikwidowała szczelinę. Delegat zezwolił wówczas na rozegranie spotkania.

Mecz wywołał wielkie poruszenie w Gdańsku, gdzie do tej pory nie wiadomo, ilu tak naprawdę kibiców było na stadionie, czy 30 tysięcy czy 40 tysięcy. Dla Lechii wynik z pierwszego spotkania miał najmniejsze znaczenie, zawodnicy trenera Jerzego Jastrzębowskiego chcieli po prostu dostarczyć kibicom niezapomnianego widowiska i cieszyć się grą w piłkę. W pierwszej połowie już praktycznie na początku spotkania prowadzenie objęli piłkarze „Juve” po tym, jak piłkę do siatki skierował Beniamino Vignola. Każdy myślał, że będzie to podobny mecz do tego, jaki był we Włoszech, jednak dzielni piłkarze Lechii nie dali już sobie wbić w pierwszej połowie żadnej bramki.

W drugiej połowie byliśmy świadkami ogromnej sensacji, ponieważ już na początku bramkę strzelił Marek Kowalczyk, a parę minut później karnego wykorzystał Jerzy Kruszczyński. Dość niespodziewanie drugoligowiec z Polski prowadził z wielkim Juventusem 2:1. Gdyby Lechia po objęciu prowadzenia cofnęła się głęboko do obrony i murowała bramkę, być może mogłaby pokonać ekipę z Turynu lub chociaż z nią zremisować. Niestety piłkarze chcieli cieszyć się grą i w ich naturze nie leżało murowanie bramki, tylko chęć gry ofensywnej. To niestety przyniosło odwrotny efekt, gdyż Juventus zdołał odwrócić spotkanie na swoją korzyść. Najpierw gola na 2:2 strzelił Roberto Tavola, a pod koniec meczu zwycięską bramkę zdobył nasz najlepszy wtedy polski piłkarz, Zbigniew Boniek.

Pewien niedosyt pozostał, gdyż gdańszczanie byli wtedy tak blisko sprawienia największej sensacji w dziejach polskiej piłki nożnej, kto wie, czy nie europejskiej. Jednak żalu wśród zawodników nie było, ale duma, że mogli wziąć udział w tym wydarzeniu oraz napsuć trochę krwi wielkiemu Juventusowi Turyn.

Niedosyt leciutki pozostał, była szansa osiągnąć doskonały wynik ze słynnym Juvetusem, ale wspomnienia i okres z 1982 i 1984 roku mojej gry w Lechii był najfajniejszy pod wieloma przeżyciami, audiencja u papieża Jana Pawła II, dwutygodniowe zgrupowanie na zaproszenie „Juve”, awans do ligi, superpuchar, spotkania z przedstawicielami władz, odznaczenia i tak można wymieniać, dużo bardzo fajnych i miłych wspomnień z tamtego okresu – opowiada Aleksander Cybulski.

Awans do I ligi

Jednak koniec sezonu 1983/1984 dla piłkarzy Lechii przyniósł znów uśmiech na twarzy, ponieważ drużyna awansowała do I ligi, czyli najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. W 30. kolejce rozgrywek II ligi zawodnicy z Pomorza zmierzyli się z Zagłębiem Lubin i wówczas liderująca ekipa z Gdańska, aby zapewnić sobie awans, musiała pokonać „Miedziowych”. O przejście wyżej „Biało-zieloni” walczyli z mającą tyle samo punktów Olimpią Poznań, która liczyła właśnie na potknięcia ówczesnego lidera rozgrywek. Piłkarze z Gdańska nie dali sobie wyrwać zwycięstwa i pokonali Zagłębie 4:2. Bramki wówczas strzelali: Ryszard Polak, Jerzy Grembocki i dwukrotnie Jerzy Kruszczyński. Ten ostatni ze wspaniałym bilansem 31 goli w 30 meczach został królem strzelców rozgrywek.

Po końcowym gwizdku kibice Lechii oszaleli z radości, dziesiątki tysięcy mieszkańców krzyczało „Ekstraklasa już jest nasza”. Po 21 latach I liga znów zawitała na piękny stadion przy ulicy Traugutta. Oczywiście w pierwszym sezonie po awansie celem piłkarzy z Gdańska było utrzymanie się w lidze oraz jako młody zespół chęć pokazania się z jak najlepszej strony, o czym opowiedział nam Aleksander Cybulski.

Awansując do I ligi, chcieliśmy się pokazać z jak najlepszej strony. Był to młody zespół i dostaliśmy wszyscy szansę grania w najwyższej klasie rozgrywkowej, co zaowocowało później zmianami barw klubowych niektórych chłopaków, gra w lepszych klubach, ale najważniejsze było utrzymać się w lidze i ten cel osiągnęliśmy.

Można powiedzieć, że początek lat 80. był najlepszym okresem w historii Lechii Gdańsk. Zespół sprawił sensację, wygrywając Puchar Polski, zdobył pierwszy w historii Superpuchar Polski oraz zagrał w europejskich pucharach z wielką światową drużyną. Szturmem ekipa „Biało-zielonych” zanotowała awans rok po roku, aż w końcu po 21 latach ponownie mogła zagrać w najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Bez wątpienia w tamtym trudnym okresie piłkarze Lechii znaleźli się na ustach całego kraju. Dla większości tych zawodników był to najfajniejszy okres gry w karierze, również dla Aleksandra Cybulskiego, który podzielił się z nami swoimi odczuciami.

Dużo się wydarzyło w naszym życiu jako piłkarzy i klubu Lechii, wielki mecz z „Juve”, awans do ligi, superpuchar, naprawdę w tamtym okresie czuliśmy się wszyscy wspaniale, był to chyba najfajniejszy okres mojej gry w Lechii, a grałem w niej siedem lat i rozegrałem łącznie 213 oficjalnych meczów.

Na następny sukces kibice Lechii Gdańsk musieli czekać aż 35 lat, w poprzednim sezonie bowiem gdańszczanie zdobyli Puchar Polski, pokonując w finale Jagiellonię Białystok, zajęli również trzecie miejsce w ekstraklasie, najwyższe dotychczas w historii. W tym sezonie zdobyli Superpuchar Polski, w którym pokonali mistrza kraju, Piasta Gliwice, oraz zagrali w europejskich pucharach, w 2. rundzie Ligi Europy odpadli z duńskim Broenby Kopenhaga. Ciągle kibice Lechii czekają na pierwszy w historii tytuł mistrza Polski, którego brakuje w ich gablocie.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze