Już dzisiaj startują mecze ćwierćfinałowe, a widzowie Euro 2020 do teraz przecierają oczy ze zdumienia po ostatnim występie Harisa Seferovicia przeciw Francji. Kompletnie nic nie zapowiadało takiego przebłysku, a partner Breela Embolo w ataku dotychczas był raczej jednym ze słabszych ogniw i hamulcowym potencjału szwajcarskiego teamu.
Każdy kadrowicz przechodzi w swojej karierze osobne drogi, które prowadzą wpierw do powołań, a potem do reprezentacyjnych wyjazdów. Odświeżamy nieco sylwetkę i historię bohatera sensacyjnego poniedziałkowego zwycięzcy nad triumfatorami ubiegłych mistrzostw świata, dla którego ostatnia osobista droga była wyjątkowo kręta.
Wygrany pandemii
Spora część piłkarzy może czuć się pokrzywdzona przez roczne przełożenie turnieju, a część wprost przeciwnie. Szwajcar z bośniackimi korzeniami niewątpliwie zalicza się do tej drugiej grupy. W tym „wyjątkowym” dla nas wszystkich sezonie, w negatywnym tego słowa znaczeniu, napastnik Benfiki Lizbona niczym nie przypominał piłkarza drużyny, w której barwach rok wcześniej zdobył tytuł króla strzelców z 23 trafieniami na koncie i którą poprowadził do mistrzostwa kraju. Zawodnik zatracił strzelecki instynkt, trapiły go drobne urazy, aż w końcu w większości spotkań zostawał jedynie opcją z ławki za rewelacyjnego Carlosa Viniciusa. W lidze zakończył z ledwo pięcioma bramkami. Obrazu słabego okresu nie zafałszują nawet pierwsze co najmniej dwa gole w jednej edycji Ligi Mistrzów.
Wydawało się, że będzie to początek końca jego gry na dobrym, europejskim poziomie. Jednakże miniony sezon okazał się sezonem odrodzenia Seferovicia. Mimo iż nie postraszył on rywali na arenie pucharowej w koszulce grupowego przeciwnika Lecha Poznań w rozgrywkach Ligi Europy, to w portugalskiej ekstraklasie znów zaczął strzelać i asystować jak na zawołanie. Tym razem został wicekrólem strzelców z 22 golami, a siedem ostatnich podań, które dołożył, sprawiły, że w klasyfikacji kanadyjskiej powtórzył wynik sprzed dwóch lat.
Można więc bez wahania orzec, że z dużą dozą prawdopodobieństwa na turnieju odbytym planowo Haris nie byłby wyborem do pierwszej jedenastki „Helwetów”. 29-latek oszukał przeznaczenie i dostał szansę od losu na powrót do formy. I wykorzystał ją najlepiej, jak tylko mógł.
Wiara i konsekwencja
Chociaż dawny piłkarz Fiorentiny, Realu Sociedad czy Eintrachtu Frankfurt zaczął turniej od dwóch bardzo słabych spotkań, po których wylewały się na niego kolejne fale hejtu, to pozostawał on w pierwszym składzie kadry Vladimira Petkovicia. Wydawać się mogło, że klasycznie czeka nas kolejna bezbarwna duża impreza w jego wykonaniu i kwestią czasu będzie odstawienie dziewiątki Szwajcarów. Poza tym, nie oszukujmy się, cierpliwość kibiców i sympatyków Szwajcarów była od dawna na wykończeniu i gdyby mogli wejść oni w skórę selekcjonera, to znaczna większość, jeśli nie po Walii, to na pewno po Włoszech, wolałaby postawić na niewiele starszego, z podobną do wtedy liczbą bramek, lecz o ponad połowę mniejszą liczbą występów w narodowych barwach, piłkarza Dinama Zagrzeb Mario Gavranovicia. Ewentualnie zrezygnowaliby z systemu z dwójką napastników, aby postawić na dobrze współpracującego kolegę z zespołu Embolo, Dennisa Zakarię.











