Już za kilka dni swoje rozgrywki zainauguruje La Liga. Niesłychanie nierówna, zdominowana przez dwie drużyny, ale jednocześnie nad wyraz ciekawa i nieprzewidywalna. Liga mistrzów świata i Europy, liga zdobywców Złotej Piłki, liga przyszłych gwiazd i upadłych gigantów.
O tym, że w walce o mistrzostwo Hiszpanii będą liczyły się dwie drużyny, wie każdy, nawet średnio rozgarnięty kibic piłki nożnej. O ile rok temu niepoprawni optymiści wieszczyli jeszcze upadek madryckiego kolosa, diagnozując u niego gliniane nogi i nierówne rozłożenie ciężaru, to teraz próżno szukać takich opinii – kolos się zachwiał, kilkakrotnie był bliski upadku, ale stoi i będzie stał, bo taka jego rola. Drugi gigant stoi jeszcze pewniej, wzmacnia się umiejętnie, usuwa wadliwe elementy i pewnie kroczy w przyszłość.

Pytanie brzmi: który z nich dojdzie do celu? Sprawa jest prosta, mamy dwie drużyny. Pierwsza ma świetnego trenera, wybitnych graczy, gablotę pełną trofeów i wiernych kibiców. Druga może pochwalić się wybitnym szkoleniowcem, świetnymi piłkarzami, chwalebną przeszłością i trybunami zapełnionymi fanatykami. Każde rozstrzygnięcie jest możliwe, żaden wynik nie może dziwić. Dzieje się tak, gdy naprzeciwko siebie stają zespoły, których jedenastki składają się jedynie z piłkarzy wybitnych. O tym, czy wygra wyuczona taktyka, która stała się sensem życia dla połowy kadry Barcelony, oddanie trenerowi i klubowi, czy nimb boskości unoszący się wokół osoby Jose Mourinho i głód sukcesów trawiący trzewia najlepszego klubu poprzedniego stulecia, przekonamy się w maju. To będzie piękna walka. Starcie pełne podtekstów i ataków ad personam. „The Special One” szczególnie celuje w tego typu ciosach poniżej pasa, strach pomyśleć, jak by wyglądała ta polemika, gdyby u boku miał Gutiego, którego nienawiść do Barcelony jest w Hiszpanii prawie legendarna. Po drugiej stronie barykady staną pewnie naczelni krzykacze Katalonii, czyli Dani Alves i Seidou Keita. Kapitanowie będą milczeć, oni są wrogami tylko w czasie Gran Derbi.
Zadaniem Barcelony i Realu będzie pokazanie, że to Primera Division jest najlepszą ligą Starego Kontynentu. By tego dokonać, muszą zawojować Europę. Półfinał to minimum, finał to cel. Barcelona może, Madryt musi, żeby nie być jak szwaczka z wiersza Herberta, która marzyła o ślubnym pierścionku, a umarła z naparstkiem na palcu.
Odwracając wzrok od dwóch pierwszych miejsc, patrzymy w dół… jeszcze niżej… jeszcze… o proszę! Jest jakaś drużyna, tylko kto to… niesamowite, to Atletico Madryt! Dziesiąta drużyna poprzedniego sezonu? Co ona robi na podium?! O to trzeba zapytać Diego Godina i Filipe Luisa. To ta para defensorów sprawi, że obrona „Los Colchoneros” nie będzie dziurawa jak zachodnia granica Polski we wrześniu roku 1939. Dwaj młodzi, ekstremalnie zdolni bramkarze, nareszcie solidna obrona, kreatywna pomoc ze świetnymi skrzydłami i atak na poziomie najlepszych klubów świata – to wszystko razem powinno dać oczekiwany skok jakościowy. Triumfatorzy Ligi Europejskiej i finaliści Pucharu Króla mogą napsuć krwi faworytom, ale w ostatecznym rozrachunku nie będą w stanie przerwać ich triumfalnego pochodu.












