Gran Derbi Sewilli – najgorętsze starcie w Hiszpanii


La Liga powróci do nas z mocnym uderzeniem. Na pierwszy ogień czekają nas Gran Derbi – mecz, który rozgrzewa każdego Andaluzyjczyka

11 czerwca 2020 Gran Derbi Sewilli – najgorętsze starcie w Hiszpanii

Gdy myślimy o najbardziej zaciekłych rywalizacjach w La Liga, pierwsze na myśl przychodzą nam starcia Realu Madryt z Barceloną, derby Madrytu czy derby Kraju Basków. Tymczasem to derby Sewilli – Gran Derbi – zdecydowanie wyróżniają się na mapie hiszpańskiego futbolu. Są to derby wielowymiarowe, niemalże równie ważne kulturowo co sportowo. Naznaczone długą historią, przesiąknięte fanatyzmem i jeszcze nieskażone turystyką.


Udostępnij na Udostępnij na

To właśnie lokalny wymiar tych derbów nadaje im takiego smaczku. Społeczność Sewilli podzielona jest tak głęboko, że nierzadko w tym samym domu członkowie rodziny ubierają przed telewizorem skrajnie różne koszulki. Rozróżnienie na „Beticos” i „Sevillistas” jest tu czymś więcej niż tylko określoną przynależnością do danego klubu. Geneza tej kulturowej wojny sięga samych początków hiszpańskiego futbolu.

Historyczny podział

Dalekie korzenie obu klubów są związane z Irlandią. To właśnie ta społeczność, osadzona w południowo-zachodniej Hiszpanii, była odpowiedzialna za pierwszą promocję futbolu w tym regionie. Wtedy jeszcze futbol odbierany był jako sport dla bogaczy. Pierwsze spotkania w tym regionie rozgrywali zawodnicy o dźwięcznych nazwiskach jak Campbell, Stourton, Higgins czy Alcock. Imigranci postanowili przenieść rodzime tradycje na nowe tereny i w końcu urodziły się z tego dwa kluby: Sevilla FC i Betis, znany wtedy jako Betis Balompié (dawniej w Hiszpanii tak nazywano futbol). Biało-zielone barwy Betisu miały być wszakże wzorowane na Celticu, a jedynym menedżerem, któremu udało się wygrać z Betisem mistrzostwo Hiszpanii był niejaki Patrick O’Connell. Już na samym początku Andaluzyjczycy byli podzieleni w swojej miłości do obu stron rywalizacji. Jak pisze Jimmy Burns w swojej książce „Piłkarska Furia”:

– Według tradycji Betis był klubem ludu i wywodził się z dzielnicy znanej ze swojego ubóstwa i radykalnych poglądów politycznych. Sevilla FC jest tego przeciwieństwem. To klub „señoritos” – bogatych dzieci z wyższych sfer. Betis otrzymał tytuł „królewski” [Real – przyp. red.], by w jakiś sposób przywrócić równowagę społeczną między dwoma rywalizującymi ze sobą klubami oraz by załagodzić napięcia klasowe. Taki dowód patronatu okazał się niepotrzebny. Różnice społeczne między obiema drużynami zatarły się wraz z napływem imigrantów i rozbudową miasta. Dzisiaj te dwa kluby grają ze sobą na oddzielnych stadionach, w lepszych częściach miasta. (…)

W tym znaczeniu Gran Derbi znajdują pewne podobieństwa do podłoża rywalizacji szkockich Rangers i Celticu. Tutaj często po prostu rodzisz się po jednej stronie barykady, a tradycja kibicowania jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Co jednak ciekawe, żadna z opcji nie ma zdecydowanej przewagi w stolicy Andaluzji. Dziś nie ma już mowy o tak wyraźnym podziale klasowym wśród mieszkańców. Bardziej jest to kwestia tradycji i światopoglądu. Oba kluby sprzedają co sezon około stu tysięcy karnetów sezonowych. W skali ponad 700-tysięcznego miasta (plus minus o liczebności Krakowa) jest to całkiem niezły wynik.

Podział na „Beticos” i „Sevillistas” jest tu obecny na każdym kroku. Zdarza się, że taksówkarz – zagorzały fan jednej z drużyn – nie zabierze cię na stadion swojego przeciwnika. Równie gorąca atmosfera udziela się trybunom. Tu warto przypomnieć słynne „botellazo”, gdy jeden z rozgoryczonych fanów Betisu trafił Juande Ramosa – ówczesnego trenera Sevilli – butelką w głowę. Tak niefortunnie, że Hiszpan stracił przytomność i został zniesiony na noszach.

Fanatyzm wśród Andaluzyjczyków jest zatem wielki, co jednak nie wzięło się przecież z sukcesów sportowych. Chociaż w ostatnim czasie czerwona część Sevilli rzeczywiście zdobywała trofea (głównie na polu międzynarodowym), to jednak tytuł mistrzowski ostatni raz zawitał do tego miasta jeszcze w 1946 roku.

Skąd bierze się więc taki fenomen Realu Betis? Według Colina Millara, autora książki „The Frying Pan of Spain”, należy sięgnąć pamięcią do okresu wojny domowej w Hiszpanii. W kraju podzielonym dyktaturą generała Franco Sevilla bliżej trzymała się z prawicową częścią nacjonalistów. Po drugiej stronie w lewicowym Betisie grało sporo proseparatystycznych Basków. Jak to w Hiszpanii, polityka i piłka nożna przenikają się na każdym kroku.

Obiekt Betisu zrównano więc z ziemią, większość jego piłkarzy uciekła z kraju, a klub spadł do trzeciej ligi rozgrywkowej. Duch „Beticos” nie umarł jednak w lokalnej społeczności, która wyniosła swoją część futbolu na okoliczne peryferia. I tak też zostało do dziś, gdzie fani Realu Betis trzymają się swojej drużyny na śmierć i życie. Na Estadio Benito Villamarín mogącym pomieścić ponad 60 tysięcy widzów rzadko kiedy można dojrzeć puste krzesełka.

Cała filozofia „Betis manqué pierda” – „wspieramy ich, kiedy przegrywają” – jest tam obecna od dziesięcioleci. 60 tysięcy ludzi przychodzi na każdy mecz i nie zmieni się to nawet wtedy, gdyby przez kolejne 10 lat nic nie wygrali. Taka jest ich mentalność.Colin Millar

Gran Derbi – lokalna rywalizacja

Oddanie lokalnym barwom i ich hermetyczna otoczka nadają tym derbom wyjątkowego smaku. Dzisiejszy „show-biznes” futbolu skupia się raczej na meczach Realu Madryt, Barcelony czy Atletico. To pozostawia duże pole do działania rodowitym Andaluzyjczykom, gdzie na ulicach próżno szukać dzieci w innych koszulkach. Zamiast Leo Messiego na plecach mają Joaquina.

Oczywiście, oba kluby próbowały przebić lokalną bańkę i wyruszyć na podbój świata. W obu przypadkach – nieudanie. Sevilla w 1992 sprowadziła do siebie samego Diego Armando Maradonę. Tego samego Maradonę, który dopiero co powrócił po piętnastomiesięcznym zawieszeniu z powodu zażywania kokainy. Legendarny Argentyńczyk miał przywrócić Sevillę na mapę europejskiego futbolu. Ostatecznie jednak Maradona rozegrał tam niecałe 30 spotkań i szybko zawinął się do ojczyzny.

Sześć lat po wielkim transferze swoich rywali to Betis zaszalał na rynku. Prezydent Manuel Luiz de Lopera zadziwił wszystkich, bijąc światowy rekord transferowy za Brazylijczyka Denilsona. 21-latek odrzucił oferty Realu, Barcelony czy Manchesteru United i podpisał aż 11-letni kontrakt z „Los Verdiblancos”. Jak na ironię losu w następnym sezonie oba kluby z Andaluzji spadły z Primera Division, a Denilson w 2005 roku odszedł tylnymi drzwiami do francuskiego Bordeaux.

Gran Derbi w cieniu pandemii

Zbliżające się starcie Sevilli i Realu Betis będzie jednak inne niż wszystkie pozostałe. Ulice stolicy Andaluzji nie będą wypełnione zielono-czerwonym tłumem, a autobus z piłkarzami wjeżdżający na Estadio Ramos Sanchez Pizjuan nie zostanie gromko przywitany.

Granie bez kibiców jest tak smutne jak taniec z własną siostrą – powiedział niedawno Luis Enrique. I pod tym względem ten mecz będzie właśnie smutny – pozbawiony tego, co tworzyło cały klimat derbów Andaluzji. I nawet sztuczny doping w realizacji telewizyjnej tego nie zmieni.

To, czego wirus ostatecznie nam nie odebrał, to pojedynek dwóch zespołów, których formy dziś nie możemy być pewni. Betis zagra mecz po raz pierwszy od wygranej z Realem Madryt. Wygranej, która zdaje się miała miejsce wieki temu. W teorii podopieczni Rubiego zajmują dopiero 12. miejsce w tabeli i bliżej im do strefy spadkowej niż do miejsca premiowanego grą w pucharach.

Piłkarze Julena Lopeteguiego znajdują się w dużo lepszej sytuacji, bo z 47 punktami okupują trzecie miejsce w tabeli. Słabością Sevilli w tym sezonie są jednak mecze rozgrywane na własnym stadionie – zaledwie 23 punkty w 13 domowych spotkaniach. Pytanie, na ile pusty obiekt wpłynie na tę zależność.

Najnowsza historia rywalizacji w tych derbach pozwala wierzyć, że czekają nas spore emocje i grad bramek. Dwa lata temu byliśmy świadkami dreszczowca zakończonego wynikiem 5:3 dla Betisu, a oficjalny profil La Liga na Twitterze postanowił przypomnieć meczycho z 2013 roku i hiszpańską wersję meczu w Stambule:

Starcie weteranów

El Clasico przez lata było sygnowane starciem Leo Messiego z Cristiano Ronaldo. Gran Derbi też ma swoich herosów, a za takich można uznać Jesusa Navasa z Joaquinem – dwie ikoniczne postaci andaluzyjskiego futbolu. Mimo że od wielu lat stoją po przeciwnych stronach barykady, to jednak sporo ich łączy.

Obaj w ostatnim czasie odzyskali drugą sportową młodość i biją kolejne rekordy. Jesus Navas już kilka lat temu stał się piłkarzem o największej liczbie występów w barwach Sevilli, a najbliższe derby będą jego meczem numer 506. Transformacja z prawego skrzydłowego w prawego obrońcę pozwoliła mu nawet na spektakularny powrót do reprezentacji Hiszpanii. Na łamach „Marki” żartował, że częściej w swojej karierze grał z Joaquinem na boisku niż z jego obecnymi kolegami:

– To niesamowite, że my dwaj ciągle jesteśmy kapitanami i ciągle mamy w sobie ten głód. Ja radzę sobie bardzo dobrze, a on także gra świetnie w tym sezonie. Miejmy nadzieję, że razem stworzymy pasjonujące widowisko. Graliśmy przeciwko sobie wiele razy. To świetny facet, ale mam nadzieję, że to my wygramy i zadedykujemy zwycięstwo naszym fanom.

Joaquin to z kolei żywa legenda klubu z Benito Villamarin. Piłkarz, który zadebiutował w Betisie jako 19-latek, teraz dwadzieścia lat później będzie kapitanem zespołu w najdziwniejszych derbach Andaluzji w swojej karierze. Mówi się o nim, że im jest starszy, tym staje się lepszy. W grudniu poprzedniego roku strzelił trzy gole Athletikowi Bilbao w 19 minut, stając się najstarszym zdobywcą hat-tricka w historii La Liga.

Dziś Joaquin nie tylko jest już ikoną, ale także jednym ze współudziałowców klubu. W 2017 roku wykupił niemalże 2% akcji Betisu za 1 milion euro:

– To mój sposób, by oddać Betisowi choć trochę tego, co ten klub dla mnie zrobił. Identyfikuję się z tym klubem i chcę w ten sposób przekazać moją cegiełkę. Teraz żartuję z kolegami, że stałem się ich szefem, ale poważnie mówiąc – chcę, by reszta drużyny żyła Betisem razem ze mną. By zrozumieli, co Betis znaczy dla naszych kibiców i żeby dzięki temu dali z siebie na boisku ten element „ekstra” – tłumaczył Hiszpan.

Wydaje się jednak, że zawodnicy obu ekip nie potrzebują dodatkowej motywacji. W końcu los wynagrodzi im wielomiesięczną przerwę od futbolu i sprezentuje im największe święto andaluzyjskiego futbolu – Gran Derbi. Nawet Sergio Reguilón, czyli chłopak, który zna już przecież smak derbów Madrytu, dzisiejszy mecz traktuje inaczej:

– Niestety nie będę mógł przeżyć tego szaleństwa, o którym każdy mi opowiada. Pomimo tego wszystkiego, co nas otacza, jestem pewny, że kibice będą w swoich domach z nami. Tak jak nas do tego przyzwyczaili.

Dodaj komentarz

Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.

Najnowsze