Chyba każdy pamięta, jak wielkie nadzieje wiązano z chorwackim napastnikiem. Strzelał piękne gole, a jego wkład w pierwszy zespół Arsenalu stawał się z meczu na mecz coraz bardziej znaczący. Do czasu pamiętnego starcia z Martinem Taylorem…
„Nowy Henry”?
Eduardo (fot. soccerphile.com)
Eduardo Alves da Silva urodził się 25 lutego 1983 roku w Rio de Janeiro, w Brazylii. Dorastał i mieszkał tam do piętnastego roku życia. W 1998 roku, wraz z rodzicami, przeprowadził się do stolicy Chorwacji, Zagrzebia. Swoje pierwsze kroki piłkarskie stawiał w brazylijskim Bangu Atlético Clube, następnie szkolenie kontynuował w młodzieżowej drużynie Dynama Zagrzeb. Dzięki dobrym występom w młodzieżówce, a następnie w rezerwach i na wypożyczeniu do Interu Zapresić, gdzie strzelił dziesięć goli w piętnastu meczach, awansował do pierwszej drużyny Dynama. W ciągu sześciu lat spędzonych w chorwackim klubie we wszystkich rozgrywkach wystąpił łącznie w stu jedenastu spotkaniach i zdobył siedemdziesiąt cztery bramki. Takie statystyki nie mogły ujść uwadze pewnego Francuza, który przypadkiem szukał następcy dla jednego z najlepszych, a może i najlepszego napastnika ówczesnego okresu, Thierry’ego Henry’ego.
3 lipca 2007 roku władze Arsenalu potwierdziły, że Eduardo podpisał z „Kanonierami” pięcioletni kontrakt. Naturalizowany Chorwat przeniósł się do Północnego Londynu za 7,5 mln funtów. Napastnik niemal od razu znalazł się pod lupą wszystkich angielskich mediów po tym, jak Arséne Wenger, zapytany o to, czy właśnie sprowadził następcę Henry’ego, odpowiedział: tak. Sytuacja jednak mocno się skomplikowała, gdyż Eduardo nie otrzymał pozwolenia na pracę na Wyspach. Na szczęście jego i klubu apelacja przyniosła pożądany efekt i „Dudú” mógł cieszyć się grą dla Arsenalu jeszcze w tym samym sezonie. Swojego pierwszego oficjalnego gola strzelił w meczu eliminacji do fazy grupowej Ligi Mistrzów ze Spartą Pragą, który to „Kanonierzy” wygrali 3:0.
Regularnie grał we wszystkich pucharach, w tym również Lidze Mistrzów, ale nie mógł przebić się do wyjściowej jedenastki w Premier League. Był trzecim napastnikiem w hierarchii, po Robinie van Persiem i Emmanuelu Adebayorze. Czasem stawał się nawet czwartym wyborem, będąc zmuszonym uznać wyższość Nicklasa Bendtnera. Sytuacja zmieniła się, gdy odnowiła się kontuzja Holendra. „Dudú” wykorzystał nadarzającą się okazję i wskoczył do pierwszego składu, grając u boku Adebayora. Ilekroć grał, pokazywał się z dobrej strony i z miejsca stał się ulubieńcem kibiców. Okres najwyższej formy zanotował na przełomie okresu świątecznego i noworocznego, podczas którego strzelił siedem goli i zaliczył cztery asysty.
Dwudziestego trzeciego lutego, podczas wyjazdowego spotkania z Birmingham City, został brutalnie, a wręcz bestialsko sfaulowany przez Martina Taylora. Za to wejście Anglik został wyrzucony z boiska, ale cóż z tego, skoro już było po wszystkim. Eduardo doznał otwartego złamania stawu skokowego i zerwania w nim wszystkich więzadeł oraz naczyń krwionośnych. Stopa Chorwata nienaturalnie wygięła się w drugą stronę pod kątem 90 stopni. Po ośmiu minutach opatrywania opuścił boisko z maską tlenową. W drodze do szpitala kilkukrotnie tracił przytomność. Konieczna była natychmiastowa operacja, groziło mu kalectwo. Kontuzja ta była tak makabryczna, że telewizja SkySports postanowiła nie udostępniać powtórek z tego zdarzenia. Na szczęście skomplikowany zabieg został przeprowadzony pomyślnie i już po niecałym roku przerwy Eduardo powrócił do gry, jednak incydent ten odbił się mocno na morale drużyny. Wiele osób szukało w nim przyczyny początku końca dobrej passy „Kanonierów”, którzy wówczas pewnie zmierzali po mistrzostwo.
16 lutego 2009 roku, trzysta pięćdziesiąt osiem dni od potwornego urazu, Chorwat wrócił na boisko w spotkaniu Pucharu Anglii przeciwko Cardiff City, zdobywając dwie bramki. Niestety podczas meczu doznał drobnego urazu, który wykluczył go z gry na kilka spotkań. Do gry powrócił w kolejnej rundzie FA Cup, w której Arsenal mierzył się Burnley. Założył w tym spotkaniu opaskę kapitańską, a także strzelił gola. Niestety pod koniec meczu ponownie doznał lekkiego urazu. Arséne Wenger postanowił na niego dmuchać i chuchać i do końca sezonu Eduardo już nie zagrał.
Podczas swojego ostatniego sezonu w Anglii „Dudú” przeplatał drobne, aczkolwiek wykluczające go z gry urazy ze zniżkami i zwyżkami formy. Strzelił zaledwie pięć goli i zanotował osiem asyst w trzydziestu dwóch występach. Trzeba jednak przyznać, że w większości meczów wchodził z ławki rezerwowych. Nie był już tym samym zawodnikiem co przed kontuzją i, trzeba to powiedzieć prosto i otwarcie – nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Opuszczał Północny Londyn z dorobkiem dwudziestu goli i osiemnastu asyst w sześćdziesięciu siedmiu spotkaniach.
Zmarnowana kariera
Eduardo (fot. donbass.ua)
21 lipca 2010 roku podpisał czteroletni kontrakt z Szachtarem Donieck. Los chciał, że jeszcze w tym samym roku powrócił na Emirates Stadium – zarówno Arsenal, jak i Szachtar znaleźli się w grupie H Ligi Mistrzów. Eduardo zdobył po jednym golu w meczach ze swoją byłą drużyną. W obu przypadkach nie celebrował trafienia, a kibice „Kanonierów” nagrodzili go owacją na stojąco. Jeżeli początki przygody w ukraińskim zespole były obiecujące, to całokształt musi być niemałym rozczarowaniem. Chorwat nie grał tak często, jak by sobie tego życzył, jednak nie potrafił w pełni wykorzystać nadarzających mu się szans na zmianę swojej pozycji w drużynie. Lata przybywały, a „Dudú” wciąż nie potrafił na stałe przebić się do wyjściowej jedenastki i odnaleźć formy sprzed kontuzji. Latem 2014 roku przeniósł się do brazylijskiego Flamengo, które wydaje się być ostatnim przystankiem w jego karierze. Dla donieckiego klubu zdobył łącznie trzydzieści sześć bramek i dwanaście asyst w stu czternastu występach.
W przeciwieństwie do innych bohaterów tego cyklu, Eduardo nigdy nie był prawdziwą gwiazdą światowego formatu. Na pewno było o nim jednak głośno, choćby za sprawą incydentu w Birmingham. Chorwat zapowiadał się na wspaniałego napastnika, niestety, koszmarna kontuzja skutecznie przekreśliła jego karierę raz na zawsze.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Chyba każdy pamięta, jak wielkie nadzieje wiązano z chorwackim napastnikiem. Strzelał piękne gole, a jego wkład w pierwszy zespół Arsenalu stawał się z meczu na mecz coraz bardziej znaczący. Do czasu pamiętnego starcia z Martinem Taylorem…
„Nowy Henry”?
Eduardo (fot. soccerphile.com)
Eduardo Alves da Silva urodził się 25 lutego 1983 roku w Rio de Janeiro, w Brazylii. Dorastał i mieszkał tam do piętnastego roku życia. W 1998 roku, wraz z rodzicami, przeprowadził się do stolicy Chorwacji, Zagrzebia. Swoje pierwsze kroki piłkarskie stawiał w brazylijskim Bangu Atlético Clube, następnie szkolenie kontynuował w młodzieżowej drużynie Dynama Zagrzeb. Dzięki dobrym występom w młodzieżówce, a następnie w rezerwach i na wypożyczeniu do Interu Zapresić, gdzie strzelił dziesięć goli w piętnastu meczach, awansował do pierwszej drużyny Dynama. W ciągu sześciu lat spędzonych w chorwackim klubie we wszystkich rozgrywkach wystąpił łącznie w stu jedenastu spotkaniach i zdobył siedemdziesiąt cztery bramki. Takie statystyki nie mogły ujść uwadze pewnego Francuza, który przypadkiem szukał następcy dla jednego z najlepszych, a może i najlepszego napastnika ówczesnego okresu, Thierry’ego Henry’ego.
3 lipca 2007 roku władze Arsenalu potwierdziły, że Eduardo podpisał z „Kanonierami” pięcioletni kontrakt. Naturalizowany Chorwat przeniósł się do Północnego Londynu za 7,5 mln funtów. Napastnik niemal od razu znalazł się pod lupą wszystkich angielskich mediów po tym, jak Arséne Wenger, zapytany o to, czy właśnie sprowadził następcę Henry’ego, odpowiedział: tak. Sytuacja jednak mocno się skomplikowała, gdyż Eduardo nie otrzymał pozwolenia na pracę na Wyspach. Na szczęście jego i klubu apelacja przyniosła pożądany efekt i „Dudú” mógł cieszyć się grą dla Arsenalu jeszcze w tym samym sezonie. Swojego pierwszego oficjalnego gola strzelił w meczu eliminacji do fazy grupowej Ligi Mistrzów ze Spartą Pragą, który to „Kanonierzy” wygrali 3:0.
Regularnie grał we wszystkich pucharach, w tym również Lidze Mistrzów, ale nie mógł przebić się do wyjściowej jedenastki w Premier League. Był trzecim napastnikiem w hierarchii, po Robinie van Persiem i Emmanuelu Adebayorze. Czasem stawał się nawet czwartym wyborem, będąc zmuszonym uznać wyższość Nicklasa Bendtnera. Sytuacja zmieniła się, gdy odnowiła się kontuzja Holendra. „Dudú” wykorzystał nadarzającą się okazję i wskoczył do pierwszego składu, grając u boku Adebayora. Ilekroć grał, pokazywał się z dobrej strony i z miejsca stał się ulubieńcem kibiców. Okres najwyższej formy zanotował na przełomie okresu świątecznego i noworocznego, podczas którego strzelił siedem goli i zaliczył cztery asysty.
Koszmar w Birmingham
Kontuzja Eduardo(fot. scotzinecom.pl)
Dwudziestego trzeciego lutego, podczas wyjazdowego spotkania z Birmingham City, został brutalnie, a wręcz bestialsko sfaulowany przez Martina Taylora. Za to wejście Anglik został wyrzucony z boiska, ale cóż z tego, skoro już było po wszystkim. Eduardo doznał otwartego złamania stawu skokowego i zerwania w nim wszystkich więzadeł oraz naczyń krwionośnych. Stopa Chorwata nienaturalnie wygięła się w drugą stronę pod kątem 90 stopni. Po ośmiu minutach opatrywania opuścił boisko z maską tlenową. W drodze do szpitala kilkukrotnie tracił przytomność. Konieczna była natychmiastowa operacja, groziło mu kalectwo. Kontuzja ta była tak makabryczna, że telewizja SkySports postanowiła nie udostępniać powtórek z tego zdarzenia. Na szczęście skomplikowany zabieg został przeprowadzony pomyślnie i już po niecałym roku przerwy Eduardo powrócił do gry, jednak incydent ten odbił się mocno na morale drużyny. Wiele osób szukało w nim przyczyny początku końca dobrej passy „Kanonierów”, którzy wówczas pewnie zmierzali po mistrzostwo.
16 lutego 2009 roku, trzysta pięćdziesiąt osiem dni od potwornego urazu, Chorwat wrócił na boisko w spotkaniu Pucharu Anglii przeciwko Cardiff City, zdobywając dwie bramki. Niestety podczas meczu doznał drobnego urazu, który wykluczył go z gry na kilka spotkań. Do gry powrócił w kolejnej rundzie FA Cup, w której Arsenal mierzył się Burnley. Założył w tym spotkaniu opaskę kapitańską, a także strzelił gola. Niestety pod koniec meczu ponownie doznał lekkiego urazu. Arséne Wenger postanowił na niego dmuchać i chuchać i do końca sezonu Eduardo już nie zagrał.
Podczas swojego ostatniego sezonu w Anglii „Dudú” przeplatał drobne, aczkolwiek wykluczające go z gry urazy ze zniżkami i zwyżkami formy. Strzelił zaledwie pięć goli i zanotował osiem asyst w trzydziestu dwóch występach. Trzeba jednak przyznać, że w większości meczów wchodził z ławki rezerwowych. Nie był już tym samym zawodnikiem co przed kontuzją i, trzeba to powiedzieć prosto i otwarcie – nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Opuszczał Północny Londyn z dorobkiem dwudziestu goli i osiemnastu asyst w sześćdziesięciu siedmiu spotkaniach.
Zmarnowana kariera
Eduardo (fot. donbass.ua)
21 lipca 2010 roku podpisał czteroletni kontrakt z Szachtarem Donieck. Los chciał, że jeszcze w tym samym roku powrócił na Emirates Stadium – zarówno Arsenal, jak i Szachtar znaleźli się w grupie H Ligi Mistrzów. Eduardo zdobył po jednym golu w meczach ze swoją byłą drużyną. W obu przypadkach nie celebrował trafienia, a kibice „Kanonierów” nagrodzili go owacją na stojąco. Jeżeli początki przygody w ukraińskim zespole były obiecujące, to całokształt musi być niemałym rozczarowaniem. Chorwat nie grał tak często, jak by sobie tego życzył, jednak nie potrafił w pełni wykorzystać nadarzających mu się szans na zmianę swojej pozycji w drużynie. Lata przybywały, a „Dudú” wciąż nie potrafił na stałe przebić się do wyjściowej jedenastki i odnaleźć formy sprzed kontuzji. Latem 2014 roku przeniósł się do brazylijskiego Flamengo, które wydaje się być ostatnim przystankiem w jego karierze. Dla donieckiego klubu zdobył łącznie trzydzieści sześć bramek i dwanaście asyst w stu czternastu występach.
W przeciwieństwie do innych bohaterów tego cyklu, Eduardo nigdy nie był prawdziwą gwiazdą światowego formatu. Na pewno było o nim jednak głośno, choćby za sprawą incydentu w Birmingham. Chorwat zapowiadał się na wspaniałego napastnika, niestety, koszmarna kontuzja skutecznie przekreśliła jego karierę raz na zawsze.