Choć Widzew pod batutą trenera Franciszka Smudy w dwóch spotkaniach zainkasował sześć punktów, nie tracąc przy tym gola, prawdziwy sprawdzian łodzian czekał w 4. kolejce. Los skojarzył ich w Aleksandrowie Łódzkim z tamtejszym Sokołem. Warto podkreślić, że delegacja na teren lidera rozgrywek dla „Franza” była pierwszą w sezonie od momentu, gdy ten powrócił na ławkę trenerską „Czerwono-Biało-Czerwonych”.
Trudny test?
Po zwycięstwach nad Świtem Nowy Dwór Mazowiecki (2:0 – przyp. red.) i Wartą Sieradz (3:0 – przyp. red.) złośliwi twierdzili, że to żaden efekt Smudy, a zdecydowanie bardziej magia Serca Łodzi. Rzeczywiście, na stadionie Widzewa regularnie pojawiają się tłumy, które niezwykle żywiołowym dopingiem motywują piłkarzy, by ci grali nie na 100, a na 1910%. Jeśli rzeczywiście tak miałoby być, przed drugim wyjazdem tej rundy wszyscy przy al. Piłsudskiego powinni drżeć ze strachu. Nie tylko dlatego, że pierwsza delegacja – w Sulejówku – zakończyła się porażką (2:1 – przyp. red.). Kwestia istotniejsza: przed piątą serią spotkań to właśnie aleksandrowianie w ligowej tabeli spoglądali na wszystkich z góry. Jeśli spojrzeć na statystyki podopiecznych trenera Piotra Kupki, mogły one robić wrażenie. Gdy zagłębić się w nie, nie taki diabeł straszny. Szczęśliwie dla „Zielono-Białych” kalendarz został tak ułożony, że w pierwszych trzech spotkaniach za rywali mieli oni ligowych nowicjuszy – Tur Bielsk Podlaski, Wartę Sieradz oraz GKS Wikielec. Oczywiście, dopóki piłka w grze, wszystko jest możliwe, lekceważyć także nikogo nie należy, niemniej można postawić śmiałą tezę, że dla Sokoła starcie z ekipą z al. Piłsudskiego było pierwszym poważnym sprawdzianem w tegorocznych rozgrywkach.
Na trybunach stadionu im. Włodzimierza Smolarka zasiadło wielu kibiców, choć mniej więcej do 30. minuty meczu atmosfera przypominała bardziej piknik lub sparing aniżeli potyczkę ligową. Wprawdzie dało się słyszeć zdawkowe okrzyki czy incydentalne oklaski, ale jednak znacznie lepiej wybrzmiewało „boisko”. Dopiero gdy na trybunie znajdującej się za jedną z bramek znaleźli się sympatycy z Łodzi, mecz nabrał kibicowskich barw. Fani Widzewa doping rozpoczęli od Jesteśmy zawsze tam, później paleta wykonywanych przez nich pieśni była naprawdę szeroka. Ci szalikowcy, którzy nie dostali się na obiekt, skorzystali z różnorodnych substytutów. Część zasiadła na płocie okalającym stadion, niektórzy wdrapali się na drzewa, kilku miłośników futbolu znalazło miejscówkę nawet na… dachu okolicznego budynku. Truizm, że kibice Widzewa są wszędzie, w środowe popołudnie nabrał zupełnie nowego znaczenia.

Wzmianki na temat sytuacji „trybunowej” przywoływane są nie bez kozery. W pierwszej połowie na boisku działo się naprawdę niewiele i próżno poszukiwać w pamięci zapierających dech w piersi akcji. Choć Widzew, który personalnie wyglądał identycznie jak w dwóch poprzednich spotkaniach, od pierwszego gwizdka Piotra Rzucidły ruszył do ataku, nie miało to przełożenia na wynik. Groźniejsze akcje przeprowadzali gospodarze, którzy nastawili się na kontrataki. W 8. minucie niemal oko w oko z Patrykiem Wolańskim stanął Jakub Rogalski, jednak nazbyt dużo siły włożył w swój strzał i futbolówka poszybowała wysoko nad bramką łodzian. W kolejnych próbach do kapitulacji widzewskiego golkipera próbowali zmusić Bartosz Mroczek i Kamil Żylski, jednak im również ta sztuka się nie udała. W 23. minucie Sokół był najbliżej objęcia prowadzenia, ale po główce w polu karnym Damiana Bierżyńskiego kapitalną, instynktowną interwencją popisał się kapitan zespołu Franciszka Smudy. W pomeczowych rozmowach sam zainteresowany podkreślał, że intuicja to jedno, ale w tej sytuacji przede wszystkim dopisało mu szczęście. Mawia się, że to sprzyja lepszym. Aby tego dowieść, należało poczekać na drugie czterdzieści pięć minut. W pierwszych nie wydarzyło się już nic wartego odnotowania.









