Jagiellonia w czwartek boleśnie zderzyła się z europejską piłką na tym najwyższym poziomie. W niedzielę przyjechała zaś do Katowic na ligowy mecz GKS-em. I co? Kolejny zonk. Beniaminek był świetnie przygotowany do tego spotkania i skrupulatnie wykorzystał błędy panujących mistrzów Polski.
Poza drobnymi wyjątkami białostoczanie nie mogą mieć za dobrych wspomnień z Bukową. Ponad 30 lat temu ponieśli tutaj najwyższą porażkę (aż 1:7) w historii swoich występów na boiskach ekstraklasy. Tym razem takiego pogromu nie było i być nie mogło, bo Jagiellonia to w końcu mistrz Polski, GKS – beniaminek.
Mimo to „GieKSa” napsuła rywalom sporo krwi, a przede wszystkim zabrała cenne punkty i dopisała na ich konto piątą porażkę z rzędu. Podopieczni Rafała Góraka mieli określony plan na to spotkanie – zaatakować wysoko i zmusić Jagiellonię do błędu, cały czas zachowując wysoką intensywność. Chcieli tym samym wykorzystać zmęczenie przeciwnika, który w tym sezonie musi radzić sobie na kilku frontach, zwłaszcza tym europejskim.
– Przyjęliśmy bardzo dobre zasady. Oczywiście, kiedy przeciwnik tę piłkę przeniósł pod nasze pole karne, bywało groźnie. Zdawaliśmy sobie sprawę z ich jakości, ale w drugiej połowie udało nam się to jeszcze bardziej dokręcić – mówił po meczu trener GKS-u.
Mistrzowie Polski rozczytani przez beniaminka
„Jaga” także miała określone zasady, ale nieskuteczne. Mozolnie próbowała budować ataki od bramki, wymieniając dziesiątki podań w okolicach własnego pola karnego, co regularnie kończyło się stratami. Pierwszą „GieKSa” wykorzystała już kilkadziesiąt sekund po rozpoczęciu meczu.
– W otwarciu od bramki nie chodzi o to, żeby rozgrywać sobie w polu karnym małą grę i prowokować niebezpieczeństwo, ale o zaproszenie przeciwnika na swoją połowę i wykorzystanie przestrzeni za plecami, które otwiera. My cały czas graliśmy krótko. To kosztuje intensywność, bo cały czas toczysz pojedynki, jesteś pod presją, nie masz momentu na odpoczynek.
Ja po drugiej połowie miałem wrażenie, że obrońcy GKS-u mogliby zagrać z jeszcze trzy takie spotkania, nie kosztowało to ich tyle wysiłku. Za to moi obrońcy wyglądali wręcz na wycieńczonych. Źle interpretowaliśmy momenty – tłumaczył trener Siemieniec.











