Futbol odKANTowany: Manchester Village


9 maja 2010 Futbol odKANTowany: Manchester Village

Pieniądze szczęścia nie dają, podobno. Zawsze ważniejsze od tego, żeby mieć dużo dóbr, jest bogactwo duszy – przyjaźń, miłość satysfakcja. Jednak od gotówki uciec się nie da. Fundusze uzyskiwane na wszelakie, mniej lub bardziej legalne, sposoby zdecydowanie ułatwiają życie. Problem tkwi w tym, żeby nie przesłoniły nam jego istoty oraz by nie popaść w pogląd, że „kasa” wszystko za nas załatwi.


Udostępnij na Udostępnij na

Dawno, dawno temu w odległej krainie (szkoda, że nie w Oz)… nie, zbyt baśniowo. Dawno, dawno temu w odległej galaktyce… nie, zbyt futurystycznie. Dawno, dawno temu na pewnej wyspie… ej, przecież nie mówimy o Robinsonie. Powiedzmy to najprościej jak można. Rzecz rozchodzi się o pewien angielski klub piłkarski. Jest on niezwykle zasłużony dla futbolu na krajowym podwórku. W jego kolekcji można się doliczyć wielu znakomitych osiągnięć, jak Puchar Ligi, Puchar Anglii, ba, nawet mistrzostwo kraju i to dwa razy. Ostatnie uzyskane zostało w końcu całkiem niedawno, bo w roku 1968, czyli na oko jakieś 42 lata temu (imponujący wynik, zdecydowanie wart pobicia). O czym tu mowa? Chyba to już wiadomo od samego początku – Manchester City. Zespół z Eastlands, znany głównie ze znakomitej reklamy, jaką robi mu… Manchester United. Przecież jak tu nie kojarzyć derbowego rywala tak znakomitej drużyny, w której występują najlepsi piłkarze świata, co roku rywalizujący o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Jednak bycie w cieniu nie zawsze pasuje i w przypadku „The Citizens” przyszedł czas, w którym postanowili to zmienić.

Craig Bellamy i Carlos Tevez nie cieszą się nawet z awansu do Ligi Mistrzów
Craig Bellamy i Carlos Tevez nie cieszą się nawet z awansu do Ligi Mistrzów (fot. Skysports.com)

Czym różni się Manchester City od Manchesteru United poza drugim członem nazwy i kolorem strojów. W sumie to niczym. Więc dlaczego jedni odnoszą sukcesy, drudzy nie. Przecież tu i tu grają piłkarze, ludzie jak wszyscy inni (czy aby na pewno?). No cóż, jednak „Czerwone Diabły” zawsze przewyższały swojego derbowego rywala grubością portfela. I jak tu z nimi walczyć, jak chce się kupić porządnych piłkarzy, a „kasy” wystarczy tylko na ich „gorsze” nogi? Przydałby się jakiś sponsor. Okazało się, że cuda jednak się zdarzają. Jak to dobrze, że jest na mapie świata taki kraj, jak Zjednoczone Emiraty Arabskie. Stamtąd właśnie pochodzi aktualny prezes teamu, Khaldoon Al Mubarak. Trzeba przyznać, że po objęciu stanowiska, od razu ostro wziął się do roboty.

Alfred Hitchcock swoje filmy zawsze wykonywał na zasadzie, że wszystko zaczyna się od trzęsienia, a potem napięcie już tylko rośnie. Al Mubarak musi go chyba uwielbiać. Dowód? Jakimś dziwnym sposobem wszystkie prowadzone przez niego działania dosłownie przypominają sposób pracy mistrza horroru. Chcecie hitu? Dobra, będziecie go mieli. Zatrudnijmy naprawdę znane nazwisko, wschodzącą gwiazdę światowego futbolu i zapłaćmy za nią miliony miliony, które i tak się nie zwrócą, ale to tylko szczegół. Najwięcej talentów zawsze jest w Brazylii i stamtąd pochodzi cudotwórca „The Citizens”, Robinho. Nikt przecież nie zrobi takiej furory, jak gracz mający na koncie występy w samym Realu Madryt. Szkoda tylko, że blask, który widział pryncypał, pochodził od gwiazdy, która już przestała świecić. Będąc takim napastnikiem, naprawdę sztuką jest przegrać rywalizację o miejsce w składzie z Ruudem van Nistelrooyem, Raulem i Gonzalo Higuainem.

O 26-latku rzeczywiście było głośno. Były gracz Santosu okazał się mistrzem kamuflażu. Nikt tak jak on, nie potrafił odwrócić uwagi od swojej boiskowej dyspozycji (określanej mianem „bez komentarza”). A po co było pisać o jego golach, asystach, dryblingach? Robinho ma dość Anglii, Robinho ma kontuzję, Robinho wyleczył kontuzję, Robinho znowu ma dość Anglii. Aż dziwne, że prasie w ogóle chciało się o tym pisać. Ale i tak nic nie zrobiło takiej furory jak wtedy, gdy stwierdził, że chce grać w Barcelonie. Poza tym pokazał, że z klasą umie przegrywać. Naprawdę w znakomity sposób przegrał miejsce w składzie ze wszystkimi napastnikami „The Citizens”. Szkoda, że nie było tam „wyspiarskiego” Andrija Szewczenki, by mógł z kimś wygrać. Można by rzec, że poszedł śladem Cristiano Ronaldo. Szkoda tylko, że znalazł się raczej po tej ciemnej stronie mocy.

Czy sztuką jest niezdobycie mistrzostwa Anglii? Oczywiście, że nie. W końcu w stawce 20 drużyn tylko jedna można znaleźć się na szczycie tabeli. No, chyba, że ma się w składzie chociażby Craiga Bellamy’ego, Carlosa Teveza i Emmanuela Adebayora. Czy to nie jednak za mało? Nie ma sprawy, macie jeszcze Kolo Toure, Joleona Lescotta i paru innych. Na City of Manchester Stadium zebrał się śmietanka lepsza od tej z Warszawy, podczas losowania grup eliminacji Euro 2012. Dla nikogo nie jest chyba tajemnicą, że ci piłkarze do gwiazd się zaliczają. Wypadałoby im jednak stworzyć jakieś możliwości do pokazania pełni swoich umiejętności, na przykład przez zatrudnienie odpowiedniego trenera, a najlepiej dwóch: jednego bez sukcesów, a drugiego przez ostatni czas raczącego się pensją za… brak zatrudnienia. Aż dziw bierze, że obaj ci szkoleniowcy nie popracowali tam jednocześnie. To by było coś.

Przychodząc do Manchesteru, prezes City chyba postanowił zrobić coś wielkiego. I trzeba to przyznać, przy jego osiągnięciach blednie sam Roman Abramowicz. Szejk dokonał rzeczy wprost niesamowitych. To chyba jeden z niewielu przypadków, w których w dwa lata wymieniono prawie cały skład. Nawet były gubernator Czukotki nie był w stanie wydać aż 32 milionów funtów na kompletny niewypał (Szewczenko się chowa) oraz z piłkarzami pokroju wymienionych nie zakwalifikować się do Ligi Mistrzów. Jednak cel prezesa jest inny. Warto pobić rekord w ilości lat bez mistrzostwa Anglii. Jeżeli Manchester City ma zamiar coś osiągnąć, warto przemyśleć postępowanie i – mówiąc kolokwialnie – nie „robić wiochy”. W przeciwnym razie kolejne 42 lata bez czempionatu są pewne jak śmierć i podatki.

Najnowsze