Tekst ten będzie stał w lekkiej sprzeczności z zasadami cyklu. Będzie traktował o ciągle aktywnym piłkarzu, który kariery kończyć nie zamierza. Nie będzie to nawet biografia. Zapraszam do lektury tej swoistej laudacji na cześć wielkiego piłkarza i człowieka.
Kibice Realu Madryt to politeiści. Oddają cześć wielu bogom, a ich panteon ciągle się powiększa. Kryteria dostania się do tego grona nie są jasno zdefiniowane. Można w pokorze służyć „Los Blancos” przez dekadę i popaść w zapomnienie, można w kilka lat dostać się do tego swoistego raju i pozostać w nim na wieki. Największą postacią dla kibiców z Madrytu jest Santiago Bernabeu – najpierw piłkarz, potem wieloletni prezydent klubu, człowiek, który zdefiniował, czym jest „madridismo”, jakie wartości powinien reprezentować sobą gracz Realu, a jakie cechy go dyskwalifikują. Dawniej Di Stefano, Gento, Santillana, potem Juanito, Sanchez, Butragueno, całkiem niedawno Sanchis, Michel, Carlos, Redondo i Zidane – to postacie, którym w Madrycie oddaje się hołd niemal boski. Teraz do tego grona dołącza kolejna wielka persona. Raul Gonzalez, symbol Realu, odszedł z klubu.

Może wydawać się, że na tę swoistą deifikację Raula jeszcze za wcześnie, wszakże będzie on grał na najwyższym poziomie jeszcze przez dwa lata. Kibice Realu widzą to jednak inaczej – „El Siete” wraz z opuszczeniem Santiago Bernabeu stanie się legendą, białą legendą, z którą będą się mierzyli jego następcy i nieważne będzie to, że gdzieś, w innym kraju, ta legenda będzie strzelała gole – piłkarski Madryt to futbolowa enklawa, która rządzi się własnymi prawami.
Ostatnie 15 lat historii „Królewskich” to era Raula. Wybuch jego talentu zapoczątkował nowy okres, okres, który – jak się miało potem okazać – był jednym z najlepszych w historii madryckiego klubu. Wejście do drużyny Raula i Gutiego, transfery Carlosa i Redondo oraz ciągle mocna pozycja Hierro, Sanchisa i innych weteranów sprawiła, że nad Santiago Bernabeu wstało słońce zwiastujące powrót na futbolowy szczyt. Po dotarciu na ten wymarzony wierzchołek okazało się, że dla niektórych to za mało. Galaktyczne transfery przyniosły ogromne zyski, poklask medialny i miano klubu, do którego przyjście jest wyrazem nie tyle ambicji, co ryzykanctwa – spaść było łatwo, utrzymywali się tylko najlepsi. Cały czas wokół Realu, wokół tego „Białego Domu” hiszpańskiego futbolu, zbierały się burze, które niweczyły kolejne projekty, wzmagały się wiatry niedające spokoju szkoleniowcom, i co rusz pioruny sprawiały, że kariery wielkich futbolistów łamały się jak suche konary na wietrze.
Przeminął czas Redondo, przeminęło przywództwo Hierro, zgasły talenty Zidane’a i Figo, odszedł nawet niesamowity Carlos. A Raul trwał, stając się symbolem, który mówił adeptom futbolu, że ciężka praca zawsze przynosi efekty. Był kapitanem, który wpajał nowym graczom zasady panujące w klubie. Był reliktem dawnej świetności, który wskazywał kierunek niechybnie wiodący ku wielkim triumfom. Był więcej niż piłkarzem, był więcej niż kapitanem. Był „Aniołem Madrytu”.











