Igrzyska olimpijskie w 1992 roku były absolutnie wyjątkowe. Złoty medal przywiózł wówczas judoka Waldemar Legień, drużyna pięcioboistów z Arkadiuszem Skrzypaszkiem na czele, który wywalczył także złoto indywidualne. Zaledwie o krok od najcenniejszego krążka byli także piłkarze. Zespół z fantastycznym atakiem, który tworzyli Wojciech Kowalczyk i Andrzej Juskowiak, sprawił największą niespodziankę w turnieju, przegrywając w finale z gospodarzami po szalenie zaciętym i emocjonującym meczu.
Wspaniała przygoda rodziła się w ogromnych bólach. Drużyna dowodzona przez Janusza Wójcika toczyła trudne boje w eliminacjach, w których szanse dostawało wielu piłkarzy. Właśnie podczas meczów o punkty w drużynie rozniecała się iskra, która podczas turnieju w Barcelonie miała rozniecić wielki ogień w sercach kibiców w całym kraju.

Polska nie była faworytem na olimpiadzie, a grupa z Włochami, Amerykanami i Kuwejtem wydawała się trudna. Włosi mieli w swoich szeregach Demetrio Albertiniego, Dino Baggio czy utalentowanego bramkarza Francesco Antoniolego. Amerykanie za dwa lata mieli być gospodarzami mistrzostw świata, więc tamtejsza młodzież była wyjątkowo niebezpieczna. Potwierdziły to kolejne lata, bo Claudio Reyna, Brad Friedel czy Cobi Jones zrobili dużą karierę reprezentacyjną. Kuwejt był uważany za najsłabszą drużynę tej grupy i właśnie z Azjatami na początek zmierzyć się mieli „Biało-czerwoni”. Ofensywna gra młodych Polaków już w 7. minucie przyniosła bramkę Andrzeja Juskowiaka. Później świeżo pozyskany przez Sporting Lizbonę „Jusko” raz jeszcze odnalazł drogę do siatki i wynik był już rozstrzygnięty. Wynik mógł być wyższy, ale ówczesny król strzelców ligi polskiej, Mirosław Waligóra, nie dał rady pokonać golkipera rywali z jedenastu metrów. Początek był jednak obiecujący.
W drugim spotkaniu Polaków czekała znacznie trudniejsza próba. Włosi w pierwszym spotkaniu okazali się silniejsi od reprezentacji USA i stali przed szansą zapewnienia sobie awansu do kolejnej rundy. Trzeba było tylko pokonać Aleksandra Kłaka i zagrać na zero z tyłu, co zespołowi z Półwyspu Apenińskiego wychodziło najlepiej. Wystarczyło pięć minut, żeby Juskowiak przełamał żelazną defensywę Włochów, wyśmienicie wykańczając indywidualną akcję Marka Koźmińskiego. Rywale długo nie potrafili się otrząsnąć z szoku. Potrzebowali 15 minut w szatni, by dojść do siebie i wyszli na boisko zdeterminowani jak nigdy, ale po trzech minutach dostali kolejny cios, po którym już nie mogli się podnieść. Jerzy Brzęczek obsłużył znakomitym podaniem Ryszarda Stańka i było już po zawodach. Włosi nie wytrzymali, do końca grali bardzo ostro i w efekcie obejrzeli dwie czerwone kartki, a Polacy ukąsili jeszcze raz, tym razem po uderzeniu Grzegorza Mielcarskiego.













