Gdy miał 22 lata, wyjechał z Japonii w pogoni za marzeniami. Od tamtego czasu grał w jedenastu różnych krajach, dzielił szatnię z Fernando Torresem, a dziś jego trenerem jest Shinji Okazaki. Dziś, grając w niemieckiej szóstej lidze, z sentymentem wspomina czas spędzony w Polsce i liczne podróże, które sprawiły, że zaczął postrzegać świat futbolu znacznie szerzej niż tylko z perspektywy boiska. O wyjątkowych wspomnieniach z kariery opowiedział Kohei Kato, były gracz m.in. Podbeskidzia Bielsko-Biała i Widzewa Łódź.
Kohei Kato pojawił się na polskich boiskach w sezonie 2015/16, gdy podpisał umowę z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Rozegrał 35 meczów ligowych, w których zdobył jedną bramkę. Japoński pomocnik był nie tylko kluczowym elementem zespołu, ale stał się także ulubieńcem publiczności. Po spadku z ligi opuścił Bielsko, jednak Podbeskidzie nie było ostatnim klubem w naszym kraju, w którym przyszło mu zagrać. Wiosną 2019 roku dołączył do II-ligowego wówczas Widzewa Łódź. Jak Kato wspomina pobyt w Polsce? Który moment w karierze darzy największym sentymentem? Zapraszam do lektury!
Dominik Michalski (iGol.pl): Dla kibiców polskiej ekstraklasy jesteś absolutnym fenomenem, w końcu grałeś już w jedenastu różnych krajach. Jak dzisiaj patrzysz na tę swoją piłkarską wędrówkę?
Kohei Kato: Moim wielkim marzeniem z młodości była gra w Hiszpanii. Zawsze chciałem spróbować sił poza granicami Japonii, w Europie albo w Azji. Kiedy trafiłem do Polski, byłem naprawdę miło zaskoczony. Liga stała na bardzo wysokim poziomie, a infrastruktura i nowoczesne stadiony zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Szczególnie gdy porównałem to z moim wcześniejszym przystankiem, czyli Czarnogórą. To był zupełnie inny świat, kompletna przepaść pod każdym względem. Cieszę się, że tamten polski rozdział stał się częścią mojej kariery. A teraz jestem w Niemczech i niewykluczone, że to właśnie tutaj zakończę swoją piłkarską karierę.
Czyli definitywnie odrzucasz na ten moment powrót do domu?
Szczerze mówiąc tak, myślę, że Niemcy będą moim ostatnim krajem. Mam już na karku 37 lat. Obecnie gram w niemieckiej szóstej lidze, w barwach FC Basara Mainz. Znalazłem się tutaj dzięki trenerowi, który przez długi czas namawiał mnie na ten transfer. To mój dawny przyjaciel, Shinji Okazaki. Kto interesuje się futbolem, ten doskonale zna to nazwisko.

To oczywiste, w końcu ma na swoim koncie m.in. mistrzostwo Anglii w barwach Leicester City. Jak sprawdza się dziś w roli trenera?
Okazaki to przede wszystkim świetny człowiek, a w dodatku ma bogate doświadczenie zawodnicze zarówno w Europie, jak i w reprezentacji Japonii. Na swojej drodze spotkał wielu trenerów i teraz chce czerpać z ich warsztatu. Wybiera te kwestie, które uważa za istotne, i buduje na tym trenerski warsztat.
Trzeba przyznać, że jak na swój wiek wciąż trzymasz się świetnie. Jak wygląda Twoja dyspozycja fizyczna i na ile lat gry jeszcze się szykujesz?
Czuję się świetnie, a najlepszym przykładem jest to, że w ostatnim meczu przebiegłem 12 kilometrów, najwięcej z całego zespołu. Jestem najstarszy w szatni, a wybiegałem najwięcej. To daje mi mnóstwo satysfakcji. Jeśli zdrowie pozwoli, chciałbym pograć jeszcze ze trzy, cztery, a może nawet pięć lat. Ale ten projekt w Mainz to coś wyjątkowego i chcę rosnąć razem z klubem. Póki jestem w formie, chcę dawać od siebie zespołowi i trenerowi jak najwięcej.

Widzę, że z Okazakim łączy Cię szczególna więź.
Shinji zakończył karierę dwa lata temu i od razu przejął stery w Basara. Zadzwonił do mnie wtedy po raz pierwszy. Miałem 34 lub 35 lat. Pomyślałem sobie wtedy, że niemiecka szósta liga to zbyt niski poziom i stać mnie na grę na wyższym poziomie rozgrywkowym. On nie dawał jednak za wygraną. Co sześć miesięcy dzwonił i powtarzał tylko żebym przyjechał. W końcu uległem. Zrobiłem to ze względu na naszą znajomość i jego osobę. Skoro tak bardzo zabiegał o mój przyjazd, teraz muszę oddać na boisku absolutnie wszystko dla tej drużyny.
Bardzo mocno zaangażowałeś się w ten projekt. Jaka historia kryje się więc za projektem FC Basara Mainz?
Ten klub powstał po to, by umożliwić japońskim młodym zawodnikom wykonanie pierwszego kroku w europejskim futbolu. Zazwyczaj wielu z nich ma problem ze znalezieniem klubu po przyjeździe do Europy. Basara jest więc takim miejscem, które umożliwia im regularną grę i potencjalny transfer do lepszych zespołów. Cieszę się, że mogę być w takim miejscu i pomagać chłopakom swoim doświadczeniem. Oczywiście drużyna nie składa się z samych Japończyków, w kadrze są też zawodnicy z innych krajów.
Może niewiele osób o tym wie, ale Basara została utworzona dopiero w 2014 roku właśnie przez… Okazakiego. Jest on współzałożycielem tej drużyny wraz z innym Japończykiem. Zespół zaczynał od zera, początkowo rozgrywając swoje mecze na dwunastym szczeblu rozgrywkowym. Sezon po sezonie stawali się coraz lepszym zespołem i dziś są w szóstej lidze. Shinji nie chce na tym poprzestać, jego celem jest doprowadzenie zespołu na trzeci szczebel rozgrywkowy w kraju.
Chciałbym zapytać o początki Twojej kariery i powód wyjazdu z Japonii. Skąd wzięła się u Ciebie ta determinacja, aby szukać swojego miejsca na krańcach świata?
Wszystko zaczęło się od mojego idola z dzieciństwa. Hidetoshi Nakata, bo o nim mowa, grał w czasie swojej kariery we Włoszech i początkowo ja także chciałem trafić do Serie A. Kiedy dorastałem, na szczycie były Real Madryt i Barcelona, więc z wypiekami na twarzy śledziłem La Ligę. Zawsze chciałem przeżyć przygodę grając poza Japonią. Ponadto, chciałem też być reprezentantem kraju, a wiadomo, że gra w kadrze wymaga doświadczenia w grze nie tylko przeciwko Japończykom. Jeśli chcesz sprawdzić się na tle międzynarodowym, musisz więc wyjechać.
Wspomniałeś o chęci gry w Hiszpanii. Czy to marzenie było bliskie realizacji?
Byłem tego naprawdę blisko. Nie chciałem wiązać się długoterminowymi kontraktami, bo cały czas czekałem na swój moment w Hiszpanii. Przechodziłem testy, byłem dogadany z klubem z zaplecza tamtejszej ekstraklasy. Niestety, na przeszkodzie stanęły przepisy, formalności wizowe i kwestie dokumentów. Nie udało się sfinalizować transferu, choć dzieliły mnie od tego dosłownie centymetry.
Większość piłkarzy na świecie ma swoich reprezentantów w postaci menedżerów. W jaki sposób lądujesz w egzotycznych ligach? Z tego, co wiem, to… nigdy nie miałeś podpisanej umowy z żadną agencją.
Tak, to prawda. Jeśli budujesz dobre relacje z ludźmi, menedżerowie nie są ci potrzebni. Często odzywają się do mnie przez Instagrama albo drogą pantoflową. Ktoś kogoś zna, w jakimś kraju akurat pracuje japoński trener, który szuka konkretnego profilu zawodnika i tak to się kręci. W ten sposób trafiałem do kolejnych klubów.
Można więc z całą pewnością stwierdzić, że jesteś idealnym przykładem tego, że znajomości w piłce są bardzo istotne.
Dzięki grze w piłkę poznałem wielu wspaniałych ludzi. Warto pamiętać, że ten sport to nie tylko treningi i mecze. To jakim jesteś piłkarzem to jedno, ale to jakim jesteś człowiekiem to drugie. Poza boiskiem zawsze chciałem być dobry dla ludzi, bo uważam, że bycie dobrym człowiekiem jest znacznie większą wartością niż bycie dobrym piłkarzem. Może też dlatego udawało mi się nawiązywać tyle znajomości. Byłem po prostu wdzięczny za wszystko co mnie spotkało.
Jako młody chłopak wyjechałeś do Argentyny. Dla Japończyka to wyjątkowo nieoczywisty kierunek. Dlaczego zdecydowałeś się na taki ruch i w jakich okolicznościach do tego doszło?
Chcąc grać w Hiszpanii, stwierdziłem, że dobrym przystankiem będzie Argentyna. Trafiłem tam, ponieważ nie miałem kontaktu z nikim, kto mógłby mi zapewnić angaż w hiszpańskim klubie, a w Argentynie pracował jeden z trenerów, którego znałem jeszcze z czasów gry w juniorach. Ten wyjazd okazał się jednak zupełnie nieudany. Jako młody chłopak nie miałem świadomości jak wygląda międzynarodowy futbol. Potrzebowałem wizy i pozwolenia na pracę, ale dowiedziałem się o tym dopiero po pewnym czasie. Prezes klubu powtarzał mi cały czas, że będę mógł zagrać już w kolejnym meczu. Tyle, że… ten mecz nigdy nie nastąpił. Mogłem trenować, ale nie mogłem grać. Taki stan rzeczy spowodował, że zdecydowałem się wrócić do Japonii.
Jak odnalazłeś się w Argentynie? Obyczajowo ten kraj na pewno bardzo różnił się od Japonii.
Nawet nie wiesz jak bardzo! (śmiech) Tam wszystko wydawało się inne. Pamiętam, że pierwszą rzeczą, o której powiedział mi znajomy grający w Argentynie od dłuższego czasu było to, by nie ufać policji. Z początku wydawało się to dziwne, bo policja w Japonii jest synonimem bezpieczeństwa i sama przestrzega wszelkich zasad. W Argentynie mocno się zdziwiłem, gdy widziałem radiowozy przejeżdżające prosto, gdy sygnalizacja kazała jechać w prawo. Byłem także w szoku, widząc ludzi jedzących w supermarkecie przed zapłaceniem, a potem po prostu pokazujących puste torebki lub puszkę przy kasie, żeby za nie zapłacić. W Japonii absolutnie nie wolno niczego jeść ani pić, dopóki się za to nie zapłaci.
Kolejnym Twoim zagranicznym przystankiem była Czarnogóra. To raczej mało popularny kierunek w Europie. Dlaczego trafiłeś właśnie tam?
Mój znajomy znał się z osobami, które ściągały do Czarnogóry japońskich zawodników. Po nieudanej przygodzie w Argentynie, postanowiłem spróbować jeszcze raz i wyjechać do Europy. Wydawało mi się, że Czarnogóra będzie na początek dobrym wyborem. Przed przyjazdem rozmawiałem z wieloma osobami, które twierdziły, że to dobre miejsce, by wypromować się i w przyszłości dostać propozycję z silniejszej ligi. Skusiłem się i przeszedłem do FK Rudar. Wiedziałem też, że gra w Europie może przybliżyć mnie do ewentualnej gry w kadrze narodowej, więc zdecydowałem się zrobić ten pierwszy krok.
Wygląda na to, że do Polski i Czarnogóry masz szczególny sentyment. Mam rację? Do obu tych krajów wracałeś po wyjeździe.
Tak, muszę przyznać, że w Polsce po raz pierwszy za granicą poczułem się jak profesjonalny piłkarz. Polska liga była zupełnie inna od tej w Czarnogórze, co nie oznacza, że grając w FK Rudar czułem się źle. Dzięki sezonie spędzonym na czarnogórskich boiskach poznałem ludzi, dzięki którym mogłem tam później wrócić. Jeśli chodzi o grę w Podbeskidziu czy Widzewie to wspominam ten czas bardzo pozytywnie. Tym, co zaskoczyło mnie najbardziej w Ekstraklasie były pełne, nowoczesne stadiony i zaangażowani kibice. Piłka nożna jest dla kibiców, a w Polsce wyjątkowo dało się to odczuć.
Muszę także wspomnieć, że do Polski miałem trafić pół roku wcześniej. Byłem na testach w I-ligowej wówczas Olimpii Grudziądz, ale Rudar nie chciał mnie puścić, więc zostałem w Czarnogórze do końca sezonu. Trenerem Olimpii był wtedy Dariusz Kubicki i to on bardzo chciał żebym dołączył do zespołu. Pół roku później Podbeskidzie awansowało do Ekstraklasy, a trenerem został właśnie… Kubicki. Zadzwonił do mnie, a ja nie zastanawiałem się długo. W taki sposób zostałem zawodnikiem „Górali”.
Masz z pobytu w Polsce jakąś ciekawą anegdotę lub historię? Wiedziałeś coś o naszym kraju przed przyjazdem?
Przyznam, że przed przeprowadzką do Polski nie wiedziałem o kraju zbyt wiele. Jeśli chodzi o życie codzienne, to po pobycie w Czarnogórze do wielu rzeczy zdążyłem się przyzwyczaić, ale z moim pobytem w Bielsku wiąże się jedna dziwna historia. Podobnie jak w Argentynie będzie to historia związana z… policją (śmiech)
Nie miałem wtedy auta, więc przed i po treningu zawsze jeździłem z którymś z kolegów z drużyny. Pewnego razu zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle, a ja pożegnałem się i wysiadłem. Po chwili podjechała do mnie policja na sygnale. Zastanawiałem się o co chodzi, a oni wytłumaczyli mi, że w takiej sytuacji nie można wysiadać z auta. W Japonii to było zupełnie normalne i służby nie zwracały uwagi. W tym wypadku zapłaciłem jednak mandat. Może nie była to przyjemna sytuacja, nie miałem świadomości, że robię coś źle, ale teraz wspominam ją z uśmiechem.
Muszę oczywiście zapytać o Twój czas spędzony w Polsce. Co zaskoczyło Cię u nas najbardziej na samym początku pobytu?
Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była infrastruktura sportowa. Gdy pierwszy raz przyjechałem do Bielska, nie spodziewałem się, że w mieście znajduje się tak piękny stadion. Gdy graliśmy w Ekstraklasie, nie był jeszcze do końca ukończony, ale naprawdę robił wrażenie. Podobało mi się także to, że kibice byli bardzo zaangażowani i zmobilizowani w przypadku meczów swoich drużyn. Głośny doping, transparenty, flagi. To wszystko sprawiało, że w Polsce czułem się naprawdę świetnie.
Jak zostałeś przyjęty w szatni Podbeskidzia jako nowy zawodnik i pierwszy Japończyk w historii klubu? Czy ktoś wziął Cię pod swoje skrzydła?
W zespole od początku czułem się bardzo swobodnie. Tak jak wspominałem na początku, staram się być zawsze miło nastawiony w stosunku do innych. Szatnia Podbeskidzia składała się w dużej mierze z Polaków, ale w drużynie byli także obcokrajowcy. Nie mówiłem po polsku, więc czasami pojawiały się problemy z komunikacją. Pomagał mi Emilijus Zubas i Mateusz Szczepaniak, którzy dobrze mówili po angielsku.
Zaskoczył Cię poziom naszej ligi? Była znacznie bardziej wymagająca niż ta w Czarnogórze?
Na pewno była bardziej wymagająca. Jedna zasadnicza różnica od razu rzucała się w oczy. W lidze czarnogórskiej występowało wielu graczy z bardzo wysokim potencjałem indywidualnym. Problemem w tym, że indywidualności nie potrafiły współpracować ze sobą jako zespół. W Polsce gra była bardziej drużynowa, zawodnicy lepiej się ze sobą dogadywali i tworzyli kolektyw.
W Podbeskidziu rozegrałeś kapitalny sezon pod względem indywidualnym, a do tego z miejsca stałeś się ulubieńcem kibiców. Jak wspominasz tamten okres?
Byłem bardzo usatysfakcjonowany wszystkim co spotkało mnie podczas gry w Podbeskidziu. Zawsze gdy przyjeżdżałem do któregoś z krajów, kibice mogli się zastanawiać: „Dlaczego japoński zawodnik tu przyjechał? Jest mały i nie nada się do walki.” Po rozegraniu kilku spotkań często zmieniali swoje zdanie. Zawsze chciałem zrobić dobre wrażenie na samym początku pobytu w klubie. W Podbeskidziu czułem się lubiany i szanowany. Na trybunach kibice wywieszali transparenty z prośbą o moją koszulkę, co było z ich strony naprawdę miłe.

Po tak udanym czasie zapewne trudno było pogodzić się z odejściem?
Spadliśmy z Ekstraklasy, a w przypadku utrzymania, mój kontrakt automatycznie odnowiłby się o kolejny rok. Po spadku umowa dobiegła końca, a ja szukając nowych wyzwań przeniosłem się do Bułgarii. Do dziś czuję niedosyt związany z tamtym sezonem. Uważam, że dawne zasady związane z podziałem ligi na dwie grupy, były bardzo nieuczciwe. Sezon zasadniczy skończyliśmy na dziewiątym miejscu i nikt nie spodziewał się, że możemy spaść z ligi. Niestety, taki bywa sport.
Grając w Bułgarii, otrzymałeś powołanie do reprezentacji kraju, choć ostatecznie w niej nie zadebiutowałeś. W jakich okolicznościach dowiedziałeś się o powołaniu i jak wielkie było Twoje zaskoczenie?
Muszę przyznać, że uważam to dziś za jedno z największych osiągnięć w mojej karierze. W tamtym momencie czułem ogromną dumę. Fakt, że nigdy wcześniej nie zostałem powołany do żadnej juniorskiej reprezentacji, a tymczasem zostałem wybrany do seniorskiej kadry, świadczył o tym, że ciężka praca przynosi efekty. Tylko moi bliscy i przyjaciele wiedzieli jak dużo poświęciłem i jak wiele serca włożyłem w to, by doświadczyć takiego momentu.
Taka wiadomość daje potężną dawkę motywacji. Jak było w Twoim przypadku? Miałeś nadzieję, że to nie był Twój ostatni kontakt z kadrą?
Powołanie na pewno jest bodźcem do dalszej pracy. Niestety, życie pisze swoje scenariusze i dzisiaj oboje wiemy, że w kadrze nie uda mi się już zagrać. Po pobycie w bułgarskim Beroe musiałem wrócić do Japonii. To brzmi dziwnie, ale jako Japończyk musiałem zaaklimatyzować się w japońskim futbolu. Większość kariery spędziłem wówczas w Europie, więc specyfika gry w rodzimej lidze była dla mnie nieco zaskakująca. Miałem problemy z regularną grą i nie prezentowałem tak dobrej dyspozycji, by przekonać do siebie selekcjonera. Jestem realistą i wiem, że gdybym grał jak Messi, to w reprezentacji na pewno bym się znalazł jeszcze nie raz. Nie nawiązywałem już później do tak dobrej dyspozycji, żeby znaleźć się w kadrze, więc nie mam dziś jakiegoś żalu, że ostatecznie nie udało się zagrać choćby jeden raz.
Na Twojej piłkarskiej drodze stanęło wiele wielkich nazwisk. Obecnie Twoim trenerem jest Shinji Okazaki, znasz się z Shinji Kagawą, a w Sagan Tosu grałeś u boku Fernando Torresa. Jak wiele dają Ci takie znajomości?
Przede wszystkim dają nieocenioną możliwość czerpania wiedzy. Mogę opowiedzieć o tym na przykładzie Fernando Torresa. Gdy pojawiały się pogłoski o jego przenosinach do Sagan Tosu, nikt za bardzo nie chciał w nie uwierzyć. W końcu Sagan to niewielki klub i myślę, że przed transferem Hiszpana, niewielu zagranicznych kibiców słyszało o takim zespole. Spekulacje okazały się prawdą, a my cieszyliśmy się jak dzieci. Wiedzieliśmy, że to zawodnik z absolutnego światowego topu.
Mimo, że dla Torresa był to końcowy etap kariery, to miałem wrażenie, że na treningach jest zaangażowany tak samo jak wtedy, gdy grał dla Chelsea czy Atletico Madryt. Fernando był prawdziwym przykładem profesjonalizmu, zarówno na boisku jak i poza nim. Przyszedł tu jako utytułowany gracz, ale nie zachowywał się tak, jakby był od nas lepszy. Mieliśmy wrażenie, jakby zaczynał dopiero swoją karierę i chciał się pokazać światu. Jego podejście było godne naśladowania, a z jego wiedzy i doświadczenia mógł czerpać każdy zawodnik.
Torres to świetny człowiek także poza boiskiem. Jako, że znałem w niewielkim stopniu język hiszpański, miałem okazję wielokrotnie z nim rozmawiać. Zawsze miał szacunek do otaczających go ludzi i do szerzej nieznanego klubu jakim był Sagan Tosu.

Transfer Torresa do Japonii musiał być wielkim wydarzeniem dla całej ligi.
Zdecydowanie. Myślę, że wielu Japończyków cieszyło się, że zawodnik o takiej renomie będzie grał w ich rodzimej lidze. Fernando był najbardziej doświadczony w zespole, a jego obecność na pewno wpłynęła znacznie na rozpoznawalność klubu jak i całej ligi. Nawet jeśli liga japońska różniła się od tych, które znał z Europy, to nigdy nie narzekał. Chciał swoją obecnością pomóc tutejszym graczom.
Wkrótce Twoja przygoda w Saganie Tosu dobiegła końca. Co poczułeś, gdy na horyzoncie pojawiła się oferta z Widzewa Łódź?
Pod koniec 2018 roku zadzwonił do mnie agent, którego znałem jeszcze z czasów gry w Podbeskidziu. Proponował mi przyjście do Widzewa, ale początkowo odmówiłem. Miałem wtedy możliwość transferu do Hiszpanii i chciałem z niej skorzystać. Nic z tego jednak nie wyszło, a w dodatku agent wciąż naciskał na podpisanie umowy z Widzewem. Początkowo nie miałem świadomości jak wielki to klub, ale gdy zacząłem na poważnie rozważać transfer i przeczytałem historię klubu, pomyślałem, że taki zespół nie może grać w drugiej lidze. Stadion, ośrodek treningowy, kibice – czułem, że to będzie dla mnie wyjątkowe miejsce.
Widzew to klub z ogromną tradycją i trybunami wypełnionymi po brzeg. Czułeś zwiększoną dawkę emocji grając dla takiego klubu?
Pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją, by na każdym domowym meczu był komplet kibiców. To było wręcz niesamowite, ale jednocześnie pokazywało jak dobrze zorganizowanych kibiców ma Widzew. Cieszę się, że klub wreszcie wrócił tam gdzie jego miejsce, czyli do Ekstraklasy. Widzew Łódź zawsze będzie kojarzył mi się ze wsparciem kibiców i emocjami, które zawsze czułem wychodząc na boisko w jego barwach.
Kohei, grałeś m.in. w Japonii, Bułgarii i Polsce, ale też w Kambodży czy na Gibraltarze. W którym z tych krajów najtrudniej było Ci się przyzwyczaić do codziennego życia?
Bez wahania muszę wskazać na Kambodżę, ale nie ze względu na to, że nie odpowiadała mi kulturowo. Warunki w jakich mieszkałem były dalekie od ideału. Klub nie mieścił się w stolicy, tylko w niewielkim mieście. Klub zapewnił mi pokój w hostelu, w którym codziennie przez kilka godzin byłem pozbawiony dostępu do wody i prądu. Po pewnym czasie stało się to męczące, więc zdecydowałem się odejść, spędzając w klubie zaledwie pół roku.
Bogate doświadczenie z pewnością otwiera przed Tobą wiele drzwi. Zastanawiasz się już, czym zajmiesz się po odwieszeniu butów na kołek i gdzie osiądziesz na stałe?
Nie mam jeszcze sprecyzowanego planu, ale tak jak wspomniałeś, mam spore doświadczenie i kontakty w wielu państwach. Myślę, że odnalazłbym się w takim wypadku w roli agenta lub dyrektora sportowego. Chciałbym pozostać blisko Basara Mainz, tu powstaje coś więcej niż klub i chciałem się w ten projekt mocno zaangażować. Wydaje mi się, że na dłuższą metę pozostanę w Niemczech i z tym krajem zwiążę swoją przyszłość.

Kohei, dziękuję bardzo za poświęcony czas i niesamowitą opowieść. Życzę Ci jak najwięcej wspaniałych chwil na boisku i trzymam kciuki za sukces Basara Mainz!
Dziękuję i pozdrawiam polskich kibiców!











