W zakończonych już eliminacjach do mistrzostw Europy o krok od wielkiej sensacji była Estonia. Reprezentanci małego kraju znad Bałtyku dopiero w barażach musieli uznać wyższość Irlandczyków. Wielu kibiców doskonale pamięta, że w 2004 roku zdarzyła się sytuacja, kiedy zupełnie niespodziewanie kraj znad Bałtyku zagrał na Euro. Mowa o Łotwie, która w drodze do finałów odprawiła z kwitkiem m.in. Polskę, a później nie dała się pokonać Niemcom.
Przed 2002 rokiem Łotysze byli jednymi ze słabszych w Europie. Z radością w tym kraju przyjmowano zwycięstwa z Estonią i Litwą, w kategorii sukcesu traktowano też triumfy nad outsiderami takimi jak San Marino, Liechtenstein czy Wyspy Owcze. Wszystko się zmieniło w trakcie eliminacji do Euro 2004. Już w pierwszym meczu Łotwa zaskoczyła wszystkich, remisując bezbramkowo z faworyzowaną Szwecją. Później stało się coś jeszcze mniej oczekiwanego. Piłkarze z nadbałtyckiego kraju pokonali w Warszawie reprezentację Polski! Trafienie Jurisa Laizansa wystarczyło, by podopieczni Zbigniewa Bońka zeszli z boiska jako pokonani, choć przed spotkaniem nikt nie brał pod uwagę takiego rozstrzygnięcia. Ten mecz był gwoździem do trumny ówczesnego selekcjonera reprezentacji Polski, który zupełnie nie poradził sobie w tej roli. Trener Aleksandrs Starkovs bez problemu rozpracował taktykę „Biało-czerwonych”, którzy, mając dwóch defensywnych pomocników w środku pola, zupełnie nie radzili sobie z atakiem pozycyjnym. Co ciekawe, więcej problemów Łotyszom sprawili amatorzy z San Marino, którzy dzielnie bronili się aż do 89. minuty. Dopiero samobójczy gol Valentiniego przesądził o tym, że ekipa znad Bałtyku wywiozła z Serevalle trzy punkty.

Po wstępnych trzech meczach Łotwa zupełnie niespodziewanie była liderem. Nie zmieniło się to także po pierwszych spotkaniach w 2003 roku. Tym razem San Marino nie potrafiło oprzeć się solidnej łotewskiej ekipie i po dwóch trafieniach Bleidelisa i jednym Prohorenkovsa (znany ze Świtu Nowy Dwór Mazowiecki i Górnika Zabrze) przegrało 3:0. Dobra passa skończyła się w czerwcu. W meczu z Węgrami po trafieniu Verpakovskisa do przerwy było 1:0, lecz później „Madziarzy” strzelili trzy bramki i wydawało się, że jest to powrót na ziemię futbolowego kopciuszka.
Pierwszy z wrześniowych meczów potwierdził tę tezę. Polacy już pod wodzą Pawła Janasa rozprawili się z bohaterami niniejszego tekstu, wygrywając w Rydze 2:0. Jednak kilka dni później Łotysze odzyskali humor, rewanżując się Węgrom i wygrywając dokładnie taką samą różnicą bramek jak rywale w pierwszym spotkaniu. Dwa gole Verpakovskisa i jedno trafienie Bleidelisa pozwoliły dalej marzyć o udziale w barażach, jednak żeby to osiągnąć, potrzebny był remis ze Szwecją na jej terenie. Zadanie realne, ale niezwykle trudne. W futbolu jednak nie ma rzeczy niemożliwych. Polacy odrobili straty, pokonując Węgrów, ale Łotysze za sprawą niezawodnego Marisa Verpakovskisa pokonali Szwedów 1:0 i awansowali do dalszych gier.










