Największe futbolowe gwiazdy w Europie są nazywane generałami, cesarzami czy Napoleonami. W Ameryce Południowej mówi się o boskich artystach, czarodziejach, a nawet porównuje się zawodników do mistrzów baletu. Są jeszcze niezniszczalni gladiatorzy, którzy na obu tych kontynentach przez wiele lat utrzymują się na futbolowym topie. W historii futbolu był tylko jeden piłkarz, którego śmiało można określić powyższymi porównaniami – Alfredo Di Stefano.
Di Stefano pod każdym względem był piłkarzem wyjątkowym. Powinien być stawiany na równi z największymi piłkarzami, jak Pele czy Maradona. Pech chciał, że podobnie jak George Best, Argentyńczyk nie został nigdy mistrzem świata, a stało się tak z prostej przyczyny, Di Stefano nigdy nie uczestniczył na mundialu. Jednak zarówno kariera klubowa, jak i reprezentacyjna była szalenie barwna i wyjątkowo bogata. Zacznijmy jednak od początku.

Alfredo Di Stefano urodził się 4 lipca 1926 roku w Buenos Aires. Jego rodzice pochodzili z Włoch, jednak nie stał się w przyszłości jednym z „Oriundich”, jak miało to miejsce w przypadku wcześniejszych argentyńskich asów, Orsiego, Montiego czy Sivoriego. Jako najstarszy syn często przejmował obowiązki rodziców i szybko zaczął pracować na farmie. Być może właśnie ciężka praca miała wpływ na jego doskonałą kondycję fizyczną podczas wieloletniej kariery. Mimo zmęczenia i ograniczenia czasowego, młody Alfredo znajdował czas na kopanie futbolówki z przyjaciółmi. W wieku 12 lat był już członkiem niewielkiego klubiku Los Cardales. Trzy lata później zainteresowało się nim River Plate i młody chłopiec szybko rozpoczął treningi z juniorami słynnego klubu. Po pewnym czasie młodzieniec awansował do pierwszego składu, a jego nazwisko było wtedy błędnie przekształcane na D’Estefano. W 1944 roku udało mu się zaliczyć debiut w pierwszym zespole i zagrać na prawym skrzydle obok najlepszych atakujących świata w meczu towarzyskim przeciwko San Lorenzo. Ofensywę River tworzyła wówczas słynna „La Maquina”, w skład której wchodzili tacy artyści jak Loustau, Moreno, Pedernera, Labruna i Munoz. W rywalizacji z takimi asami Alfredo nie miał większych szans, więc musiał poszukać sobie miejsca w innym klubie, w którym mógłby podnieść swoje umiejętności i zyskać lepszą reputację. Wybór padł na stołeczny Huracan, w którym szybko stał się czołową postacią. 20-letni wówczas Di Stefano strzelił 10 bramek w 25 meczach i wrócił do River w glorii jednego z najbardziej utalentowanych piłkarzy młodego pokolenia. Być może o jego rychłym powrocie przesądził gol strzelony w starciu z River. Nie dość, że młodzian trafił do siatki, to jeszcze zrobił to w rekordowym tempie, bo trafienie w 38. sekundzie było jednym z najszybszych w historii ligi argentyńskiej.











