Finansowe Fair Play, tak bardzo promowane przez Michela Platiniego, na zawsze miało zmienić reguły w futbolu. Naprawić piłkę, docelowo wyrównując w miarę możliwości szanse bogatych i biedniejszych. Odtąd najbardziej majętni nie mogli już wydawać olbrzymich sum na transfery, chyba że zarobili. W innym przypadku czekały srogie kary, które okazały się jednak fikcją. Podobnie jak cały system, lecz tylko w przypadku najbogatszych klubów. Wprowadzenie ograniczeń w postaci Finansowego Fair Play od początku wzbudzało wiele kontrowersji. Firmujący system własnym nazwiskiem Michel Platini pękał z dumy, zupełnie odmienne reakcje pojawiały się wśród czołowych klubów Europy. To nie mogło dziwić, bo zespoły, wspierane nierzadko przed hojnych miliarderów, każdego lata wzmacniali dotąd gracze za dziesiątki czy nawet setki milionów euro.
Prezydent UEFA poprzez liczne kary, włącznie z dyskwalifikacją z europejskich rozgrywek, zmusił jednak kluby do rozważnych wydatków. Z racji wprowadzonych zmian nazywany przez niektórych nawet komunistą, rozpoczął rewolucję, która na dobre miała odmienić futbol. To wszystko byłoby godne pochwały, gdyby tylko działało. W rzeczywistości Finansowe Fair Play stało się batem na biednych. Bogaci jak wydawali, tak wydają, unikając przy tym dotkliwych kar.
Finansowe Fair Play, czyli utopia
Wprowadzenie systemu i wizja przejrzystych zasad skłoniły niektórych biznesmenów do zainwestowania w futbol. Obecnych właścicieli Liverpoolu do nabycia zespołu z Anfield Road przekonało właśnie Finansowe Fair Play. Mądre zarządzanie i wydawanie miało odtąd stanowić znaczną przewagę nad rywalami. Atut, który w okresie przeznaczania przez najbogatsze kluby olbrzymich sum na transfery bez opamiętania i limitów, nie miał racji bytu. Cały system szybko okazał się jednak utopią. Owszem, karano kluby, lecz głównie z niższej półki. Tak jak przykładowo pięć lat temu Ruch Chorzów.
Widmo surowych kar, przede wszystkim wykluczenia z europejskich pucharów, sprawiło, że najbogatsi ograniczyli zakupy. Przynajmniej na początku, bo przez kolejne lata rozpoczął się proces omijania restrykcji. Najbogatsze kluby podpisywały umowy sponsorskie gwarantujące olbrzymie zyski. Problem w tym, że przede wszystkim z podmiotami należącymi do właścicieli owych klubów. Omijanie sytemu zaczęło przypominać zabawę w kotka i myszkę, tyle że kot w postaci UEFA, zamiast aktywnie uczestniczyć w pogoni, przybrał bierną postawę. By zadowolić tłum sceptyków, europejska federacja karała jeden czy drugi klub, lecz najbogatsi budzący największe kontrowersje nadal pozostawali bezpieczni.












