Deszczowa pogoda, popołudniowa herbatka, Big Ben, lewostronny ruch drogowy oraz najsilniejsza piłkarska liga świata – oto najczęstsze skojarzenia z największą częścią Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej – Anglią. Zawsze, kiedy przychodzi nam wymienić faworytów wielkiej imprezy piłkarskiej, jedną z pierwszych drużyn, jakie przychodzą nam na myśl, jest Anglia. To jednak stwierdzenie trochę na wyrost, gdyż „Wyspiarze” – w przeciwieństwie do swoich klubów piłkarskich – od dawna nic nie wygrali. Miejscowi kibice liczą z pewnością na to, że na turnieju w RPA nastąpi przełom.
Trzynastka w większości światowych kultur, uważana jest za liczbę bardzo pechową. Piłkarze z Anglii, określanej mianem „ojczyzny futbolu” (miejscowy krajowy puchar, to najstarsze rozgrywki na świecie), mają nadzieję, że tę liczbę po 11 lipca 2010 będą gloryfikować. Mistrzostwa Świata organizowane przez Republikę Południowej Afryki będą trzynaste, na których zabrzmi „God, save the Queen” – hymn Zjednoczonego Królestwa. Debiut „Synów Albionu” – na najważniejszej imprezie piłkarskiej globu – nastąpił stosunkowo późno, bo w 1950 roku. Był to pierwszy turniej po II wojnie światowej, a jego gospodarzem była Brazylia. W swoim premierowym meczu, „Wyspiarzom” udało się pokonać Chile 2:0. Na swoje nieszczęście pozostałe dwa grupowe starcia przegrali po 0:1 z Hiszpanią oraz Stanami Zjednoczonymi i do domu musieli wracać na tarczy.
Na kolejnych mundialach gracze z „ojczyzny futbolu” nie odnosili większych sukcesów, dochodząc maksymalnie do ćwierćfinału. Jednak nadszedł moment, w którym nastąpił przełom i Anglicy zaczęli być zaliczani do ścisłej światowej czołówki. Miało to miejsce w 1966 roku, kiedy to właśnie największej części Zjednoczonego Królestwa powierzono organizację mistrzostw. Selekcjoner Alf Ramsey skompletował na ten turniej prawdziwy dream team, którego największymi gwiazdami byli Bobby Charlton i Gordon Banks. Już od pierwszego meczu gospodarze pokazali, że bardzo poważnie myślą o tytule. Co prawda, zaledwie zremisowali bezbramkowo z Urugwajem, lecz kolejne zakończyły się ich wygranymi po 2:0 z Francją i Meksykiem. Dało im to awans do ćwierćfinału z pierwszego miejsca. W kolejnej rundzie, na słynnym Wembley, przyszło im się zmierzyć z Argentyną. Po dobrym meczu i bramce Geoffa Hursta, „Albicelestes” musieli wracać do domu. Po pokonaniu 2:1 w półfinale Portugalii, mającej w swoich szeregach samego Eusebio, w finale stanęli naprzeciw Niemców. To zachodni sąsiedzi Polski byli faworytami tej potyczki. W regulaminowym czasie padł remis 2:2. W dogrywce Geoff Hurst na listę strzelców wpisał się dwukrotnie, kompletując hat-tricka oraz zdobywając jedną z najbardziej kontrowersyjnych bramek w historii futbolu.
Choć po angielskim triumfie na swoich boiskach, „Synów Albionu” zaczęto zaliczać do największych piłkarskich potęg globu, zawodnicy z największej części Zjednoczonego Królestwa jakoś nigdy tego nie udowodnili. Po odpadnięciu w ćwierćfinale z mistrzostw w Meksyku na trzy następne w ogóle nie pojechali. Dopiero powierzenie kadry Bobby’emu Robsonowi pozwoliło uwierzyć zawodnikom z „ojczyzny futbolu”, że jednak coś w światowym futbolu znaczą. Szkoleniowcowi udało się doprowadzić swoją kadrę narodową do czwartego miejsca we Włoszech w 1990. Po tym, jak Anglicy nie zaprezentowali się w Stanach Zjednoczonych, regularnie kwalifikują się na czempionat globu od turnieju w 1998. Choć Glenn Hoddle (Francja) i Sven Goeran Eriksson (Korea Południowa i Japonia oraz Niemcy) dysponowali naprawdę świetnymi zespołami, udział w nich kończyli w ćwierćfinale.










