Llorente jest jak komiksowa postać Ant-Mana, który udziela się w świecie bohaterów, ale tak naprawdę nielicznych obchodzą jego losy. Uważany za postać drugoplanową, niekiedy wyśmiewany, a nawet traktowany jak piąte koło u wozu. Napastnik Tottenhamu nie ma łatwego życia, ale podczas nieobecności Harry’ego Kane’a ujawnia swoją wcześniej nieodkrytą wartość. Hiszpan potrafi być game-changerem.
I to pierwszorzędnym game-changerem. Jeszcze kilka miesięcy temu czy nawet przed rozpoczęciem tego sezonu nikt się nie spodziewał, że jedną z najważniejszych ról będzie odgrywał właśnie Llorente. Nie Harry Kane i nie Dele Alli, a obcokrajowcy, którzy wzięli angielskie sprawy w swoje ręce. I o ile Lucasa Mourę lub Heung-min Sona potrafimy wynosić pod niebiosa, o tyle postać hiszpańskiego napastnika nie budzi tak wielkiego zachwytu. Jednak gdyby nie on, Tottenham nie znalazłby się w finale Ligi Mistrzów.
Droga Llorente do chwały
Kiedyś pewien mędrzec powiedział, że warto nauczyć się doceniania tych niedocenianych. Powiedzmy sobie szczerze: po tak świetnej kampanii Tottenhamu nazwisko byłego piłkarza Swansea nie będzie na czołówkach gazet. Ale zarówno kibic „Kogutów”, jak i całe medium kibicowskie powinno zrozumieć, że Llorente spisuje się momentami nawet lepiej niż Kane. To nie opinia, tylko fakt, który potwierdzają statystyki. Pod nieobecność Anglika jego dubler zanotował kilka kluczowych bramek i asyst.
Gdy najlepszy strzelec Tottenhamu zbierał absencje z powodu kontuzji, Llorente w tzw. międzyczasie strzelił cztery gole i cztery razy asystował. Ten wynik na pierwszy rzut oka nie przedstawia się rewelacyjnie, ale zawierają się w nim niezwykle ważne trafienia. Jak choćby to z Watfordem w lidze, City w Lidze Mistrzów czy Chelsea w EFL Cup, a do tego „zwycięskie” asysty z Newcastle czy PSV, więc mówimy tutaj o niebagatelnym udziale. Takim, który umożliwił londyńczykom bycie tam, gdzie marzenia sięgają wszelkich granic.










