Trzy porażki z rzędu i „przegrany” remis z Borussią w półfinale Pucharu Niemiec. W Monachium nie jest ostatnio wesoło, a atmosfera wokół drużyny zagęszcza się z każdym kolejnym niepowodzeniem, zwłaszcza że na południu Niemiec kibice nie są przyzwyczajeni do porażek. „FC Hollywood” straciło swój blask w ostatnim czasie i dream team stworzony przez Pepa Guardiolę pozostaje nim tylko z nazwy.
Trudno sobie wyobrazić miejsce, w którym presja na wynik byłaby większa od tej, jaka jest na Allianz Arena. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, w której musisz zastąpić legendę klubu i jedynym twoim zadaniem jest niczego nie zepsuć. To właśnie spotkało Pepa Guardiolę w momencie jego przyjścia do Monachium. Hiszpan znajdował się w mało komfortowej, pełnej kontrastów sytuacji. Z jednej strony świeżo upieczony triumfator Ligi Mistrzów, drużyna osiągająca niebotyczny poziom, nazywana „Największym Bayernem w historii”. Z drugiej narastająca w związku z tym niepewność, czy aby na pewno jest on godnym następcą Heynckesa. Spójrzmy, jak sobie radził na początku.
Pierwszy sezon był umiarkowanie udany. Fakt, Bayern momentami prezentował piłkę wyśmienitą, nowoczesną, wybiegającą kilka lat naprzód, ze wszechobecną wymiennością funkcji i dominacją w posiadaniu piłki. To nie była jakaś nudna tiki-taka Barcelony, a gra oparta na schematach przy zachowaniu w tym wszystkim odpowiedniej dozy finezji. Na ziemię sprowadził „Bawarczyków”jednak odwieczny rywal – Real Madryt – który dość brutalnie rozprawił się z nimi w zeszłorocznym półfinale Ligi Mistrzów, wygrywając w dwumeczu 5:0.
Przed tym sezonem nie było już miejsca na błędy. Bayern miał wygrać wszystko i uczynić to w pięknym, Guardiolowskim stylu. Wiemy już jednak, że Pucharu Niemiec nie będzie, a końcowy triumf w Lidze Mistrzów również stoi pod znakiem zapytania.
Cztery porażki z rzędu (formalnie trzy, ale z Pucharu Niemiec ostatecznie odpadli po karnych). To się rzadko Bayernowi nie zdarza. Powiem więcej. Ostatni raz taka seria przytrafiła się „Bawarczykom” w 1991 roku. Wyobrażacie to sobie? Drużyna, która miała być największa w historii, bije niechlubne rekordy. Nie tak to powinno wyglądać.
Okej. Z Leverkusen wyszedł mocno rezerwowy skład, szansę dostali m.in. Strieder, Gaudino, a nawet Goertler. Skończyło się to dosyć bezbarwnym spotkaniem, jednak Bayern można było usprawiedliwić. Przed sobą miał spotkanie z Barceloną, Guardiola próbował nowych schematów z Bernatem i Rafinhą, a zespół myślami był już w Katalonii. Jednak porażki z Borussią, Augsburgiem, a zwłaszcza w półfinale Ligi Mistrzów, są trudne do wybaczenia. Wszystkie te niepowodzenia są wypadkową problemów, które nałożyły się ostatnimi czasy na drużynę z Monachium.
Nie odkryję Ameryki, pisząc, że plaga kontuzji i związana z tym afera z Hansem-Wilhelmem Muellerem-Wohlfahrtem, wyraźnie odbiły się na formie „Bawarczyków”. Guardiola, mimo że od początku swojej pracy w Monachium ma do czynienia z prawdziwym szpitalem, umiejętnie radził sobie, rotując składem. Jednak to, co się dzieje teraz, to prawdziwa apokalipsa, a braki Robbena, Ribery’ego i Alaby niewątpliwie wpływają mocno na obecną dyspozycję drużyny.









