Piłkarski weekend zawsze niesie ze sobą masę ciekawych i często zaskakujących informacji. A to jakaś manita, a to jakaś niecodzienna niespodzianka. Miniony weekend przebił jednak wszystko, ponieważ dowiedzieliśmy się, że niedługo FC Barcelona może występować w… lidze francuskiej. Tak twierdzi przynajmniej burmistrz Katalonii, Xavier Trias.
Zastanawiamy się, jak w ogóle pan Xavier mógł pomyśleć o wygłoszeniu takiej opinii na forum publicznym. Czy on naprawdę myśli, że jest możliwe, aby w ciągu czterech najbliższych lat Barcelona miała odejść z Primera Division i rywalizować na krajowym podwórku z Paris Saint-Germain? Niepodległość niepodległością, ale naprawdę – czy ktoś wyobraża sobie taką sytuację? Nawet jeśli sami kibice „Blaugrany” wywieszali na stadionie transparenty „Catalonia is not Spain”, nie chcieliby, aby ich drużyna miała kiedyś występować w Ligue 1. To najzwyczajniej w świecie niedorzeczne.

Od 30. lat XX wieku „Barca” jest utożsamiana z symbolem katalońskiej walki o niepodległość. Fakt, że od zawsze jej starcia z „Królewskimi” z Madrytu obfitowały w wydarzenia nie z tej ziemi, „Boixos Nois” – jak zwie się najbardziej radykalna grupa kibiców Barcelony powstała w 1982 roku – na wszystkich El Clasico wznosi okrzyki, którymi daje jasno do zrozumienia, że całkowicie odcina się od Hiszpanii i jej celem jest niepodległe katalońskie państwo. Wiele wskazuje na to, że niebawem Katalończycy dostaną w końcu to, czego żądają. Wspomniany Xavier Trias i jego partia uzyskają prawdopodobnie absolutną większość w parlamencie regionalnym i w ciągu najbliższych czterech lat odbędzie się referendum w sprawie secesji Katalonii od Hiszpanii. Ale znowu, czy pan Trias naprawdę chciałby oglądać Barcelonę w lidze francuskiej?
Nie umniejszamy niczego Ligue 1. Mało tego, chcielibyśmy żeby PSG, Lyon czy inne najbardziej rozpoznawalne w Europie kluby nawiązywały rywalizację w Champions League. Na ten moment wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Przykład Manchesteru City już pokazał, że pieniądze w Lidze Mistrzów to nie wszystko. Paryżanom co prawda na razie wiedzie się zdecydowanie lepiej, ale i tak nikt na serio nie stawia ich w roli faworytów do wygrania całych rozgrywek. Wracamy jednak do Barcelony i spraw narodowościowych. Może burmistrz Katalonii tylko ot tak powiedział sobie o tym, że ekipa z Camp Nou mogłaby grać we Francji. No bo przecież faktycznie tak mogłoby być. Xavier Trias miał również rację, mówiąc, że utworzenie ligi katalońskiej nie ma absolutnie żadnego sensu, bo to nawet nie byłaby liga dwóch, ale liga jednego – cholera wie, czy w ogóle ktoś chciałby z Barceloną w tej lidze występować.
Z podobną sytuacją na Wyspach Brytyjskich zmaga się/zmagał (niepotrzebne skreślić) Celtic Glasgow. Swego czasu bardzo głośno mówiło się w Szkocji o tym, że „The Hoops” powinni – wraz z Glasgow Rangers – rozpocząć grę w angielskiej Premier League. Sytuacja w lidze szkockiej była jeszcze śmieszniejsza niż ta w Hiszpanii, gdzie od dobrych kilku lat nikt nie może zagrozić Barcelonie i Realowi Madryt. Sęk w tym, że przeniesienie Celticu do Premier League naprawdę miałoby sens. „Zielono-biali” nie włączyliby się z marszu do walki nawet o miejsca w pierwszej piątce, ale na pewno czerpaliby większą satysfakcję z bardziej wyrównanej rywalizacji. Teraz to już w ogóle wszystko się pogmatwało. Degradacja Glasgow Rangers sprawiła, że pewien etap w historii szkockiego futbolu się zakończył. I na nowo zrodziła się dyskusja, czy miejsce Celticu na pewno jest właśnie tam, a nie w Premiership. Każdy kij ma jednak dwa końce – „Celtowie” nie są już tą samą drużyną co kilka lat temu, choć nie tak dawno wprawili przecież w osłupienie 3/4 piłkarskiego świata, pokonując na własnym stadionie Barcelonę, a wcześniej strasząc ją niemiłosiernie na Camp Nou.











