Od mniej więcej roku drużyny, które przyjeżdżają na Old Trafford nie murują się przed szaleńczymi atakami gospodarzy, a nawiązują równą walkę. To jeden z powodów, z których trudno było wskazać faworyta spotkania Manchester United – Everton. Podopieczni Roberto Martineza może chcieli dziś bić się jak równy z równym, ale drużyna Van Gaala mimo przeciwności losu zagrała wreszcie na nieosiągalnym dla rywali poziomie i wygrała 2:1.
Tylko jedno z ostatnich pięciu spotkań wygrały ,,Czerwone Diabły’’. Przed dzisiejszym spotkaniem ekipa Louisa van Gaala również mogła spać spokojnie. Z powodu urazów grać nie mógł szereg zawodników ofensywnych – Ander Herrera, Ashley Young oraz wykluczony przez czerwoną kartkę Wayne Rooney. Problem był również z ustawieniem defensywy. Nie dość, że obrona MU po stracie Ferdinanda i Vidića kuleje, to LvG nie miał do dyspozycji ani Jonesa, ani Evansa, ani Smallinga. Stąd też na środku obrony wraz z Marcos Rojo zagrał… 19-letni McNair.
Swoją drogą młody Irlandczyk zaprezentował się bardzo solidnie. Zwrócić uwagę warto zwłaszcza na jego pojedynki z wyższym i silniejszym Lukaku, którego McNair po prostu lekko odpychał, wytrącając z równowagi. Efekt był taki, że były napastnik Chelsea w całym meczu praktycznie nie zaistniał.
Pierwszą bramkę strzelił w 27. minucie nie kto inny, jak fenomenalny Di Maria. Było to jednak o tyle dziwne, że Argentyńczyk gola po podaniu Maty strzelił prawą nogą, która dotąd służyła mu jedynie do podpierania się. Pierwszy gol mógł paść jednak już wcześniej, gdyż Manchester dominował od początku spotkania. Już w 4. minucie trafić mógł Falcao, świetną paradą popisał się jednak Tim Howard. Innym razem źle piłkę przyjmował Mata albo niecelnie uderzał napastnik MU. W doliczonym czasie pierwszej połowy Luke Shaw faulował w polu karnym obrońcę Evertonu, Tony’ego Hibberta. Rzut karny Leightona Bainesa wybronił jednak De Gea i i tym samym odebrał tytuł najlepszego zawodnika pierwszych 45 minut Di Marii.
Druga część meczu zaczęła się podobnie jak pierwsza – czyli strzałem aktywnego dziś Falcao. Chwilę później pojedynek szybkościowy po raz kolejny z obrońcami Evertonu wygrał Shaw i dobrze zagrał do kolumbijskiego napastnika, ten jednak strasznie spudłował. Do remisu w 55. minucie doprowadził Steven Naismith, dla którego była to 4. bramka w tym sezonie. Niecałe dziesięć minut później z daleka uderzał Di Maria, tor lotu piłki przeciął Falcao i wreszcie trafił do bramki Howarda. Swoją drogą, duży udział przy bramce miał 35-letni bramkarz ,,The Toffies’’, który wcześniej wybiegł z pola karnego i zamiast wybijać piłkę w aut, aby uporządkować ustawienie defensywy, kopnął ją w kierunku zawodników United. Wprowadziło to niesamowity chaos w ustawieniu linii defensywnej podopiecznych Roberto Martineza.
Od tego momentu ,,Czerwone Diabły’’ cofnęły się lekko, a gra toczyła się w środku boiska. Emocje wróciły jednak w samej końcówce. Najpierw zakotłowało się pod bramką Howarda po przepychankach Van Persiego i Johna Stonesa. Chwilę później zaś na tytuł MVP zasłużył sobie De Gea. Najpierw wybronił strzał z pola karnego Leona Osmana, potem zaś niesamowicie zatrzymał piłkę posłaną w okienku przez Bryana Obiedo. Brawa należą się zarówno za obronę, jak i za strzał pomocnika Evertonu, który jakimś cudem znalazł wolną przestrzeń w zatłoczonym jak poranny autobus polu karnym United.











