Everton za czasów Franka Lamparda był tą ekipą w Premier League, której oglądać się nie chciało. Brak pomysłu i nieudolność w grze zespołu były bardzo irytujące, zwłaszcza dla kibiców. Wszystko zmieniło się po przyjściu Seana Dyche’a. Oczywiście futbol proponowany przez tego trenera nie jest, określilibyśmy, wyrafinowany, jednak drużyna ma ściśle określone założenia i je realizuje. W grze widać pomysł, który ponadto przynosi punkty. Punkty, które mogą dać Evertonowi utrzymanie.
Brak napastnika?
Jak na razie musimy uznać to za jedną z przyczyn obecnego miejsca Evertonu w tabeli, jednak w niedalekiej przyszłości może się to zmienić. Choć obecnie brak typowego snajpera zespołowi z Goodison Park aż tak nie przeszkadza, w końcu punktują, to z pewnością takowy by się przydał. Braki na tej pozycji idealnie obrazuje fakt, iż najwyżej ustawionym piłkarzem Evertonu w ostatnim spotkaniu był Demarai Gray.
W normalnych warunkach pierwszym wyborem zapewne byłby Dominic Calvert-Lewin, chociaż jeżeli w pierwszych spotkaniach nie przekonałby do siebie Seana Dyche’a, nic nie stałoby na przeszkodzie, by posadzić go na ławce. Angielski napastnik już jednak pokazywał, że gole strzelać potrafi. Niestety zaczęły prześladować go kontuzje, co wpłynęło na jego skuteczność, która nie jest już taka sama jak kiedyś. Calvert-Lewin ma jednak dopiero 25 lat i być może się odbuduje, kiedy tylko wróci do gry.
Teoretycznie od pierwszej minuty powinien więc wychodzić Neal Maupay. Skoro jest zdrowy, to Everton chyba nie płacił 12 milionów euro za zmiennika, prawda? No właśnie nie do końca. Trudno jest zrozumieć, czym mogli się kierować włodarze klubu z niebieskiej części Liverpoolu. W końcu jedyną rzeczą, z której słynął Neal Maupay w Brighton, była rażąca nieskuteczność. W Evertonie jednak bije wszelkie rekordy, bo by zdobyć jedną bramkę w Premier League, średnio potrzebuje… 946 minut. Nie trudno więc się domyślić, że gola strzelił tylko jednego w aż 20 meczach. Brighton znalazł chętnego na Francuza, jednak teraz nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, kto chciałby zainwestować w niego kwotę w okolicach 10 milionów euro. Trudno jest uwierzyć, że znajdzie się ktoś na tyle naiwny.
Z dobrej strony po wejściu z ławki w meczu z Chelsea pokazał się Ellis Simms. Czy angielski napastnik o polskich korzeniach ma szansę zagościć w pierwszej jedenaste? Trudno stwierdzić. Niemniej zagrał naprawdę dobry mecz. W 11 minut, które otrzymał od trenera, zdążył uderzyć na bramkę dwa razy. Do tego przy bramce zachował się świetnie, ogrywając Koulibaly’ego niemal jak dziecko. Była to jego pierwsza bramka w Premier League. Niewątpliwie zasłużył na kolejne szanse. Aby jednak grać w pierwszym składzie, będzie musiał je odpowiednio wykorzystywać.












