Everton to jeden z najstarszych angielskich klubów oraz założyciel angielskiej ligi (wraz z jedenastoma innymi klubami). „The Toffees” od początku swojego istnienia byli jednym z najlepszych angielskich zespołów. Sporo sukcesów odnosili zwłaszcza w latach 30. oraz 80. ubiegłego stulecia. Obecnie jednak ich trofea zarastają kurzem. Everton od wielu lat próbuje nawiązać do czasów świetności. Niestety bezskutecznie.
W klubie z Goodison Park nie brakuje ambicji osiągnięcia czegoś więcej niż miejsca 6.–8. Takie plany miał David Moyes, który przez ponad dekadę pracy w Evertonie ugruntował pozycję „The Toffees” jako jednego z najlepszych angielskich klubów, ale najważniejszego celu nie osiągnął – nie udało mu się wprowadzić klubu do Ligi Mistrzów. I to mimo faktu, że w sezonie 2004/2005 zajął aż czwarte miejsce w lidze i był nawet wyżej niż jego odwieczny rywal – Liverpool. Jednakże w eliminacjach do Champions League uległ Villarrealowi (4:2 w dwumeczu dla Hiszpanów).
Roberto Martinez, który w 2013 roku zastąpił Moyesa, od razu obiecał kibicom, że jego Everton zagra w Lidze Mistrzów. Obietnicy nie dotrzymał, choć początek jego kadencji był naprawdę obiecujący (piąte miejsce na koniec kampanii 2013/2014). Jednak następne dwa sezony to istna katastrofa, bo „The Toffees” dwukrotnie kończyli rozgrywki dopiero na 11. miejscu.
Irański miliarder zbawcą Evertonu?
Nadzieją na poprawę sytuacji klubu było przyjście w 2016 roku do niebieskiej części Liverpoolu nowego właściciela. Farhad Moshiri, bo o nim mowa, jest irańskim biznesmenem, którego majątek wycenia się na około 1,3 miliarda funtów. Kiedy dołączył na Goodison Park, nabył 49,9% akcji klubu (obecnie jest już większościowym udziałowcem posiadającym 68,6% udziałów). Jego przyjście do Evertonu miało być zwiastunem lepszych czasów dla „The Toffees”. Irańczyk miał zapoczątkować transformację porównywalną do tego, co z Chelsea zrobił Roman Abramowicz. Na razie nic z tego nie wyszło. Moshiri co prawda nie waha się wydawać pieniędzy na wzmocnienia, ale niewiele z nich wypaliło.
Williams, Schneiderlin, Bolasie, Mangala, Rooney, Klaassen, Sigurdsson, Tosun, Walcott, Ramirez – oto długa lista nazwisk piłkarzy, którzy już za kadencji Moshiriego przyszli do klubu i zawiedli. Na papierze te wzmocnienia wyglądały bardzo obiecująco, ale do tej pory nie dały tyle, ile kibice mogliby od nich oczekiwać. Tego lata Everton również nie próżnował na rynku transferowym. Trzeba przyznać, że tym razem wygląda to trochę lepiej, bo Richarlison, Zouma i Digne od razu zaprezentowali niezły poziom. Jeśli do zespołu wprowadzą się jeszcze: Mina, Gomes czy Bernard, to kadra Evertonu naprawdę będzie silna. Największym grzechem „The Toffees” było jednak niepozyskanie godnego następcy Romelu Lukaku, bo Cenk Tosun na pewno takowym nie jest.
Trenerzy po erze Davida Moyesa
W Evertonie w ostatnich latach nie brakowało fachowców na ławce trenerskiej. Na koniec jednak każdy z nich nie spełnił oczekiwań. Wspomniany wcześniej Martinez odchodził jak niepyszny z Goodison Park, zostawiając klub w drugiej dziesiątce Premier League, a tego lata wywalczył z Belgią brązowy medal na mundialu. Kiedy Ronald Koeman odchodził z Evertonu, „The Toffees” byli blisko strefy spadkowej. Dziś jest selekcjonerem reprezentacji Holandii.











