Już w piątek rozpoczyna się wiosenna runda T-Mobile Ekstraklasy. Przypominamy sobie, za czym tęskniliśmy i co nas drażni w naszych rodzimych rozgrywkach.
Prawie dwa miesiące trwał rozbrat z polską ekstraklasą. Sezon ogórkowy nie miał końca. Wielu ekstraklasowych zapaleńców od tygodni przegląda strony internetowe, szukając informacji o transferach czy wynikach spotkań towarzyskich drużyn ekstraklasy. Zanim zdążymy rozczarować się naszą ligą i wpaść w monotonne tempo spotkań, postanowiliśmy zastanowić się, za co można ją lubić, a za co nienawidzić.
Każdy może wygrać z każdym
Nieprzewidywalność. Jedno słowo, a opisuje całą ekstraklasę. Liga, w której nie ma nic pewnego. Prawdziwa zmora dla bukmacherów. Niby mamy dwie, trzy czołowe drużyny w kraju, ale tak na dobrą sprawę nawet one mogą stracić punkty w spotkaniach z czerwonymi latarniami ligi. Przykładu nie musimy szukać daleko, bo raptem w ostatniej kolejce jesienno-zimowej rundy. Mistrz Polski, lider obecnego sezonu – Legia Warszawa – zebrał tęgie lanie od beniaminka z Łęcznej. Owszem, zdarza się, ale wynik tamtego spotkania dla wielu był największą sensacją rozgrywek. Kolejnym przykładem może być postawa Lecha Poznań, który w spotkaniach z Koroną, Podbeskidziem, Legią czy Śląskiem był blisko zwycięstwa. Praktycznie miał komplet trzech punktów na wyciągnięcie dłoni, jednak ciągle brakowało kilku minut, by utrzymać prowadzenie. Teoretycznie druga drużyna poprzedniego sezonu nie powinna remisować tak frajersko spotkań. A jednak – ekstraklasa where amazing happens.
Od zera do bohatera i odwrotnie
Najciekawszą sprawą jest nagonka medialna, wystarczy jeden słaby mecz, by można było wietrzyć kryzys danej drużyny. Często dochodzi w takich sytuacjach do absurdu – można przegrać kilka spotkań, ale jak się wygra z teoretycznie gorszym rywalem, wszyscy oznajmiają powrót na właściwe tory. Takie małe bagienko, w którym nie zawsze umiejętności są najważniejszym wyznacznikiem aktualnej dyspozycji. Często zawodnicy jeżdżą na swoim nazwisku. Wystarczy kilkadziesiąt spotkań w ekstraklasie, by zapewnić sobie angaż w różnych klubach do końca kariery. Świetnym przykładem płynnego przejścia od zera do bohatera jest Kamil Wilczek, który nigdy nie miał podobnych statystyk do Marcina Robaka czy Mirosława Radovicia, a jednak tej jesieni odpalił. Został nawet zawodnikiem listopada. Szczególnie w pamięci kibiców powinien zapisać się hat-trick, którego strzelił w spotkaniu z Legią.
Przykładem na ruch w drugą stronę może być Hubert Wołąkiewicz. Kiedyś aspirujący do gry w reprezentacji Polski, w poprzedniej rundzie z meczu na mecz grał coraz bardziej tragicznie. Dlatego też nie zobaczymy go już więcej w barwach Lecha Poznań.
Fanatyzm na trybunach
Często mamy wrażenie, że to kibice na trybunach świadczą o atrakcyjności oglądania meczu. W Polsce futbol podniesiony jest do rangi święta. Kibice dopingują swoją drużynę mimo porażek i słabszej formy. Po prostu są z nią na dobre i na złe. Często ten fanatyzm ma duże konsekwencje dla klubów, bowiem nieodłącznym elementem polskich stadionów są race. Można oczywiście gdybać o ich legalności, jednak jest to tylko drobna rysa na wizerunku kibiców. Często zresztą utożsamianych z przestępcami czy kryminalistami. Rzadko z kolei media potrafią dostrzec to, że są oni 12. zawodnikiem swoich drużyn, które dzięki ich wsparciu potrafią bardziej zmobilizować się do zbliżającego meczu.










