Po dwóch miesiącach ekstraklasa wróciła do stolicy Podlasia. W piątkowy wieczór pogoda w Białymstoku była równie brzydka co gra Jagiellonii w meczu z Legią. W odmiennych nastrojach na wschód Polski wybrali się piłkarze Śląska, którzy byli podbudowani zwycięstwem nad Wisłą Kraków.
Po klęsce poniesionej w Warszawie Michał Probierz zdecydował się dokonać zmian w każdej, poza bramką, linii. Tym samym w obronie za Gutiego ponownie wskoczył Igors Tarasovs, Fedor Cernych zszedł do pomocy, a w ataku wybiegł – znacznie lepiej spisujący się jako superrezerwowy – Piotr Grzelczak. Pauzującego za ósmą żółtą kartkę Jacka Góralskiego zastąpił Rafał Grzyb. W drużynie z Dolnego Śląska od początku wystąpił ściągnięty zimą Robert Pich, który, wraz z Ryotą Morioką, był na początku spotkania najbardziej aktywny.

Drużyna z Wrocławia bardzo szybko zyskała optyczną przewagę i na pierwszego gola długo nie trzeba było czekać. Po faulu Siroka na wcześniej wspomnianym Pichu sędzia Frankowski wskazał na jedenasty metr, a karnego wykorzystał Hołota. W tym sezonie był to już 16. gol stracony przez „Jagę” ze stałego fragmentu gry – żaden inny zespół nie osiągnął takiego wyniku. Jak widać, nowe nabytki klubu z Białegostoku okazują się niewypałami, skoro trener Probierz już w drugim meczu wraca do kiepsko spisującej się pary środkowych obrońców Tarasovs – Madera, a Sirok porusza się po boisku tak, jakby miał do butów przyczepione dodatkowe obciążenia.
Gra Jagiellonii wcale nie wyglądała lepiej niż w starciu z warszawską Legią. Różnica polegała na tym, że rywal był o klasę słabszy niż wicemistrz Polski, i mimo że przeważał, to nie potrafił tego udokumentować kolejną bramką. „Żółto-czerwoni” nie mieli żadnego pomysłu na grę, najczęściej wymiana pięciu-sześciu podań kończyła się stratą, dośrodkowaniem w ciemno lub nic nie wnoszącym strzałem. U gości z minuty na minutę rozkręcał się Morioka, któremu piłka wręcz kleiła się do nogi.










