Gdy Alvis Jaunzems pakował walizki, by opuścić Lechię Gdańsk, a Arka Gdynia z Vladislavsem Gutkovskisem spadała z Ekstraklasy, prawdopodobne stało się to, że w sezonie 2026/2027 nie będziemy oglądać żadnego Łotysza na boiskach najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Dziś w Ekstraklasie próżno szukać choćby jednego zawodnika z tego kraju, choć jeszcze kilkanaście lat temu ten bałtycki szlak był dla prezesów naszych klubów niczym ziemia obiecana.
Przez boiska najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce przewinęło się blisko trzydziestu graczy z Łotwy, udowadniając, że solidność i charakter można bez problemu znaleźć tuż za naszą północno-wschodnią granicą. Większość kibiców bez zająknięcia wymieni dziś fenomenalne popisy strzeleckie Artjomsa Rudņevsa, bramkarskie akrobacje Pāvelsa Šteinborsa czy boiskowe dryblingi Denissa Rakelsa.
W tym nadbałtyckim panteonie znajduje się jednak jeszcze jedno nazwisko. Człowiek, który na liście najczęściej grających Łotyszy w Ekstraklasie plasuje się na wysokim, piątym miejscu. Zawodnik, który nie potrzebował wirtuozerii, by siać popłoch w szeregach obronnych rywali. Przed wami historia Eduardsa Višņakovsa – napastnika, którego kariera, choć obfitowała w sukcesy, naznaczona była także kontuzjami.
Braterski duet i mistrzostwo Kazachstanu
Zanim Eduards zaczął zdobywać bramki na polskich stadionach, szlaki nad Wisłą przecierał mu starszy o sześć lat brat – Aleksejs. W 2011 roku podpisał kontrakt z Cracovią, gdzie dał się poznać jako solidny, boczny pomocnik. Co ciekawe, losy obu braci splotły się później w jednym polskim zespole. Pod koniec 2013 roku Aleksejs dołączył do Eduardsa w Widzewie Łódź, tworząc łotewski duet na boiskach Ekstraklasy. To właśnie doświadczony brat służył na początku młodemu napastnikowi za przewodnika po realiach naszej ligi.
Droga Eduardsa Višņakovsa do polskiej Ekstraklasy nie była oczywista, a jego kariera przed przyjazdem do Łodzi obfitowała w wyzwania w mniej eksponowanych ligach. Po zdobyciu mistrzostwa Łotwy oraz Pucharu Kraju z FK Ventspils, 22-letni wówczas napastnik w lipcu 2012 roku zdecydował się na transfer do kazachskiego Szachtiora Karaganda. W rozgrywkach tamtejszej Premier Ligi rozegrał 12 spotkań, zdobywając 3 bramki. Dołożył tym cegiełkę do tytułu mistrzowskiego, a także zebrał pierwsze doświadczenia na arenie międzynarodowej w eliminacjach Ligi Mistrzów w starciach ze Slovanem Liberec. Nie pełnił jednak w Karagandzie roli pierwszoplanowego snajpera.
Eduards Višņakovs w Widzewie Łódź, czyli złoty okres w karierze Łotysza
W lipcu 2013 roku po Łotysza wyciągnął rękę borykający się z poważnymi problemami finansowymi Widzew Łódź. Według danych portalu Transfermarkt, wartość rynkowa zawodnika wynosiła wówczas zaledwie 150 tysięcy euro. Jego zakontraktowanie na początku sezonu 2013/2014 traktowano w Łodzi jako uzupełnienie kadry zespołu prowadzonego przez Radosława Mroczkowskiego.
Oczekiwania wobec łotewskiego napastnika zostały jednak zweryfikowane natychmiast po jego wejściu na boisko. 26 lipca 2013 roku, w meczu 2. kolejki Ekstraklasy przeciwko Zawiszy Bydgoszcz, Višņakovs zadebiutował w barwach Widzewa i zdobył dwie bramki, zapewniając drużynie wygraną 2:1. Już tydzień później, w starciu z Koroną Kielce, po raz kolejny wpisał się na listę strzelców. Łącznie w pięciu pierwszych meczach w barwach łódzkiego klubu zdobył sześć bramek. Od razu było wiadomo, że Łotysz wszedł do ligi z przytupem, a jego nazwisko zostanie zapamiętane przez kibiców na dłużej. Wyróżniał się doskonałymi warunkami fizycznymi, dużą siłą w pojedynkach powietrznych oraz umiejętnością utrzymania piłki pod presją obrońców.
W całym sezonie 2013/2014 Višņakovs rozegrał w barwach Widzewa 35 meczów ligowych. Zakończył rozgrywki z dorobkiem 12 goli i 2 asystami, będąc najskuteczniejszym strzelcem zespołu. Mimo że łódzki klub zajął ostatnie miejsce w tabeli i spadł z ligi, indywidualne liczby Višņakovsa uczyniły go jednym z najbardziej wydajnych napastników w całej stawce.
Transfer do Chorzowa i belgijska pułapka
Forma zawodnika przełożyła się na konkretne zainteresowanie ze strony ligowych rywali. Po rozpoczęciu sezonu 2014/2015 w I lidze, w sierpniu 2014 roku przeniósł się do Ruchu Chorzów. Przy ulicy Cichej musiał zmierzyć się z wyższymi oczekiwaniami. Początek w nowym otoczeniu miał niezwykle obiecujący. Już w ligowym debiucie zdobył bramkę po wejściu na boisko z ławki rezerwowych, a Chorzowianie zremisowali wówczas z Lechią Gdańsk 3:3.
Z czasem jednak łotewska maszyna zacięła się. W całym sezonie 2014/2015 rosły napastnik rozegrał w lidze 27 spotkań, w których uzbierał zaledwie 3 bramki. Lepszy okazał się następny sezon 2015/2016. Višņakovs potrzebował wtedy zaledwie sześciu meczów ligowych, by wyrównać dorobek strzelecki z poprzedniej kampanii. Dobry początek zaowocował transferem do ligi belgijskiej. KVC Westerlo, występujące w Jupiler Pro League, miało być dla „Wiśni” oknem na wielki zachodni świat. I to właśnie w tym momencie, u progu największej szansy, brutalnie zainterweniował los i specyfika nowej ligi.
Pojawiły się kontuzje, które drastycznie wyhamowały jego karierę. W Westerlo zaliczył raptem 16 spotkań, strzelając tylko dwie bramki. Zdając sobie sprawę, że nie zwojuje ligi belgijskiej, zaledwie rok później próbował odbudować swoją formę tam, gdzie czuł się najlepiej. Wrócił na wypożyczenie do Ruchu Chorzów. Ekstraklasowa rzeczywistość z sezonu 2016/2017 była już jednak inna. Jedna bramka w 15 spotkaniach. Višņakovs nie uratował „Niebieskich” przed spadkiem z Ekstraklasy.
Poszukiwanie formy i problemy zdrowotne
Po definitywnym pożegnaniu się z Ruchem i wygaśnięciu kontraktu z Westerlo, Eduards znalazł się na zakręcie. Mając świadomość, że jego akcje na zachodnim rynku drastycznie spadły, podjął decyzję o powrocie do ojczyzny. W 2017 roku związał się z rosnącym w siłę stołecznym klubem RFS Ryga. Wydawało się, że znajome, łotewskie środowisko będzie idealnym miejscem do odzyskania strzeleckiego instynktu. Początki dawały na to nadzieję, lecz w najmniej odpowiednim momencie o sobie znów dało znać zdrowie. Poważna kontuzja zahamowała jego odbudowę, wykluczając go z gry na długie miesiące. Zamiast odzyskiwać rytm meczowy, „Wiśnia” musiał toczyć żmudną i bolesną walkę o powrót do pełnej sprawności.
Ambicja jednak nie pozwalała mu złożyć broni. W poszukiwaniu dawnej formy Višņakovs ponownie wyruszył za granicę. W 2019 roku zasilił szeregi białoruskiego Szachtiora Soligorsk. Rola rezerwowego i brak regularnej gry sprawiły, że nie potrafił nawiązać do lat swojej świetności. Kolejnym przystankiem na tej coraz bardziej chaotycznej ścieżce stała się Rumunia – a dokładnie drugoligowy klub CSM Reșița. Rzeczywistość na zapleczu tamtejszej ekstraklasy w sezonie 2020/2021 okazała się brutalna. Zespół borykał się z problemami, a Eduards na rumuńskich boiskach nie potrafił odnaleźć strzeleckiego rytmu, odgrywając jedynie marginalną rolę.
Niespodziewany powrót do Polski
Gdy wydawało się, że kariera Łotysza nieubłaganie zmierza ku końcowi, niespodziewanie pojawiła się szansa na ponowne przetarcie szlaków w Polsce. Latem 2021 roku sięgnęła po niego drugoligowa Pogoń Siedlce. Dla kibiców pamiętających jego wyczyny w barwach Widzewa był to powrót pełen nostalgii, ale boiskowa rzeczywistość szybko zweryfikowała te oczekiwania. W lidze rozegrał 13 spotkań, lecz zakończył ten epizod z zerowym dorobkiem bramkowym. W Siedlcach musiał godzić się głównie z rolą wchodzącego z ławki rezerwowego. Po rozstaniu z Pogonią na początku 2022 roku zszedł szczebel niżej, dołączając do trzecioligowego GKS-u Wikielec. W zespole z małej miejscowości pod Iławą zdołał się przełamać – w rundzie wiosennej zanotował 16 występów w 3. lidze i zdobył 2 bramki.
Po zakończeniu sezonu w Wikielcu Višņakovs na dobre pożegnał się z polskimi boiskami i powrócił do ojczyzny. Zanotował jeszcze krótki epizod w łotewskiej ekstraklasie w barwach SK Super Nova, ale schyłek jego piłkarskiej drogi dokonał się już z dala od blasku reflektorów. Dawny postrach ekstraklasowych bramkarzy zakotwiczył w 2. lidze łotewskiej, reprezentując barwy zespołu Riga Mariners. To tam, na drugim poziomie rozgrywkowym w kraju, bez medialnego zgiełku i presji, ostatecznie zawiesił buty na kołku. To ciche pożegnanie z futbolem stanowiło epilog historii napastnika, który w swoim pierwszym sezonie w barwach Widzewa potrafił wstrząsnąć całą polską ligą, lecz którego potencjał ostatecznie przegrał w nierównej walce z kontuzjami.
***
Historia Eduardsa Višņakovsa to w pigułce opowieść o wielkich nadziejach, imponującym wejściu do Ekstraklasy i problemach z kontuzjami. Napastnik, który dekadę temu w barwach Widzewa Łódź seryjnie dziurawił siatki rywali w Ekstraklasie, ostatecznie zakończył karierę w wieku niespełna 36 lat.
Dziś, patrząc na statystyki i pustkę, jaką pozostawili po sobie zawodnicy znad Bałtyku, trzeba zadać sobie pytanie: czy moda na Łotyszy w Polsce ma jeszcze szansę powrócić? Choć na ten moment kierunek ten wydaje się przez naszych dyrektorów sportowych i skautów nieco zapomniany, piłka nożna kocha cykle. Być może w niedalekiej przyszłości do Ekstraklasy znów trafi niepozorny zawodnik z kraju nazywanego „perełką Bałtyku”, który swoją siłą, nieustępliwością i charakterem udowodni, że rynek łotewski wciąż bywa żyłą złota.
Zanim jednak objawi się nowy talent, który wejdzie do ligi z równym przytupem i swoimi występami zapadnie nam w pamięć na lata, kibicom pozostaje nostalgia. Wciąż będziemy wspominać genialnego Artjomsa Rudņevsa, czy właśnie Višņakovsa, który przez moment wydawał się napastnikiem kompletnym, nie do zatrzymania na ekstraklasowych boiskach.











