Maciej Dąbrowski – człowiek instytucja. Dwukrotny mistrz Polski z Legią Warszawa, stanowił o sile defensywy stołecznej drużyny w sezonie 2016/2017. Dane mu było mierzyć się z Borussią Dortmund, Sportingiem czy też Ajaksem Amsterdam. Doświadczony wychowanek Zawiszy Bydgoszcz powrócił potem do klubu, w którym wyrobił sobie renomę, to jest do Zagłębia Lubin. Kiedy drużyna z Dolnośląskiego uznała, że Dąbrowski nie jest jej już potrzebny, zdecydował się on kontynuować karierę w ŁKS-ie, gdzie na gwałt potrzebny był doświadczony stoper. Jak potoczyły się losy piłkarza?
Pierwszoligowy ŁKS jest jak smok, który pożera kolejne ofiary. Trzy mecze – trzy czyste konta. Obrona, w której Maciej Dąbrowski jest profesorem, a młody Jan Sobociński jest już na drodze ku habilitacji, po prostu kpi z przeciwników, którzy próbują zdobyć bramkę. Boleśnie przekonała się o tym ośmieszona przez Sobocińskiego Odra Opole czy też Widzew Łódź, gdy Dąbrowski wślizgiem godnym Sergio Ramosa wyjął piłkę spod nóg Robakowi.
Miłe złego początki
Transfer Dąbrowskiego dla wielu łodzian był tchnięciem nowej nadziei na utrzymanie się w ekstraklasie. Doświadczony stoper tworzył parę z Carlosem Morosem Gracią i do tej pory dosyć dziurawa defensywa ŁKS-u zaczęła sprawiać wrażenie solidnego monolitu. Mecz z Legią do momentu, w którym Dąbrowski był na boisku, mógł rozstrzygnąć się na korzyść łodzian. Później nadeszły dwa czyste konta w spotkaniach z Pogonią Szczecin i Wisłą Płock, w których stoper grał główną rolę (z Pogonią wywalczył rzut karny w końcowej fazie spotkania, jednak sędzia nie był przekonany co do faulu Stipicy i puścił grę dalej).
Popularny „Dąbrowa” nie może sobie nic zarzucić mimo utraty bramek w zremisowanym 1:1 meczu z Arką czy też dramatycznym, emocjonującym spotkaniu z jego byłym klubem, KGHM Zagłębie Lubin, kiedy ŁKS przechylił szalę na swoją korzyść i zwyciężył 3:2 po pięknym golu Adama Ratajczyka.
Niestety już w tych meczach widać było, że Kazimierz Moskal nie ma pomysłu na drużynę i godzi się ze spadkiem. Przed przerwą w rozgrywkach spowodowaną pandemią koronawirusa „Rodowici Łodzianie” zdążyli rozegrać jeszcze mecz z Koroną Kielce przegrany 0:1, w którym nawet zaangażowany stoper wyglądał, jakby miał „dwa wory węgla za plecami”.
Przed wznowieniem rozgrywek w ŁKS-ie nastąpiła zmiana trenera. Wypalonego Moskala zastąpił pełen energii i chęci do walki Wojciech Stawowy. Były trener Escoli Varsovia przejął drużynę rozbitą psychicznie i kompletnie nieprzygotowaną fizycznie do gry na poziomie ekstraklasy. Zmiana ta wydaje się kluczowa dla rozwoju stopera i pokazuje, że nigdy nie jest za późno na naukę.
Stawowy ball
W momencie, w którym spadek ŁKS-u był już przesądzony, nowy trener wprowadził drużynę w tryb obozowy. Łodzianie przygotowywali się fizycznie do walki o powrót do ekstraklasy, a pozostałe mecze potraktowane zostały jako eksperyment. W przedostatnim spotkaniu na poziomie ekstraklasy Stawowy, w przeciwieństwie do Moskala, dopasował styl gry do zasobów ludzkich, które posiadał, a nie do swojej wizji, która niestety się nie sprawdziła.











