Deportivo La Coruna ma sobą prawdziwą jazdą rollercoasterem. Jeszcze kilka lat temu na dźwięk nazwy ich stadionu drżały najsilniejsze kluby na świecie. Teraz, po oczyszczającym pobycie w drugiej lidze, ekipa z Galicji powoli wychodzi na prostą.Do stworzenia tego tekstu natchnął mnie kolega redakcyjny, który napisał mi: „Ja kojarzę ich głównie z Ligi Mistrzów”. I rzeczywiście jest to okres ich wielkiego tryumfu. Wszystko rozpoczęło się jednak od wielkich zakupów, które miały miejsce przed rozpoczęciem sezonu 1999/2000. Wówczas do klubu przyszło wielu nowych zawodników, którzy na czele z pozyskanym za prawie 10 mln euro (co było wtedy naprawdę znaczącą sumą) Makaayem mieli doprowadzić do wielkich sukcesów.
I te przyszły bardzo szybko. Początek sezonu mieli co prawda niezbyt imponujący, ale seria zwycięstw pozwoliła im na wskoczenie na fotel lidera. Wówczas nie byli sobie w stanie poradzić z presją i w czterech meczach ligowych wywalczyli zaledwie punkt. To wydawało się zbyt mało, aby liczyć się w walce o tytuł mistrzowski. Ostatecznie, dzięki fantastycznemu finiszowi, zdołali wywalczyć pierwsze i jak się później okaże, ostatnie jak do tej pory mistrzostwo.
Prawdziwe chwile chwały nadeszły jednak dopiero kilka sezonów później, razem z niewiarygodną przygodą w Lidze Mistrzów. Zresztą także wtedy miała miejsce inauguracja hasztagu #typowyAncelotti. Tak, to Włoch wtedy prowadził Milan w pamiętnym dwumeczu z Deportivo. Wówczas pierwszy wygrany gładko mecz w Mediolanie nie zapowiadał zbyt wielkich emocji. I stał się cud. Hiszpanie zagrali najlepszy mecz w historii swojego istnienia.
Zwycięstwo na El Riazor pozwoliło im na awans do półfinału, w którym lepszy okazał się później prowadzony przez Jose Mourinho walec o nazwie FC Porto. Ten sam, który następnie zmiótł z powierzchni ziemi AS Monaco i sięgnął po ostateczne trofeum.
I na tym w sumie kończy się ta piękna opowieść. Pomimo że zespół w kolejnych latach wcale nie grał jakoś źle, ba, był w stanie nawet plasować się w czołówce La Liga, to coraz głośniejsze były plotki o gigantycznym zadłużeniu. I to ono w 2011 roku spowodowało, że klub spadł do drugiej ligi. Tam jednak zagrzał miejsce tylko przez jeden sezon i wielkim stylu wrócił do La Liga.
Równie wielki był jednak ponowny upadek klubu, który także i tym razem zakończył się degradacją. Wówczas sytuacja stała się znacznie trudniejsza i zaczęły się pojawiać plotki, że klub całkowicie zniknie z piłkarskiej mapy. To na szczęście jednak nie miało miejsca, ale nie można powiedzieć, że zdołał już wyjść na prostą.











