Do Polski przychodził jako zawodnik, który w CV mógł wpisać m.in. epizody w Bundeslidze w barwach Hoffenheim czy w 2. Bundeslidze w barwach finansowego hegemona z Lipska. Był także wielką gwiazdą austriackiego SV Ried. Denis Thomalla miał zostać gwiazdą polskiej ligi i ogniwem, które poprowadzi poznański klub ku wymarzonej Lidze Mistrzów.
Z zadania ostatecznie się nie wywiązał. Mimo przyzwoitego początku (bramki w kwalifikacjach Ligi Mistrzów z FK Sarajewo i FC Basel) im dalej w sezon, tym było gorzej. Thomalla grał co prawda regularnie, ale od lipca nie trafił ani razu i swoją postawą wpisał się w fatalny krajobraz Lecha jesienią 2015 roku. Nic dziwnego, że wśród kibiców zaczęły się pojawiać głosy niezadowolenia, a ci bardziej złośliwi zaczęli „chrzcić” mającego polskie korzenie zawodnika (jego rodzina pochodzi z okolic Opola) różnymi pejoratywnymi określeniami (niemal jak mantra powtarzano, że to jest „piłkarskie drewno” czy „najgorszy transfer Lecha w historii”).
Zimą niemal bez żalu oddano go do średniaka drugiej ligi niemieckiej – Heidenheim FC. Wcześniej jednak Thomalla wywołał burzę zwłaszcza wśród sympatyków Lecha. Czym? Wywiadem udzielonym tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w którym narzekał na to, że nie dostaje szans (?!), jest regularnie wygwizdywany przez kibiców, a najlepszym prezentem pod choinkę byłoby odejście z mistrza Polski, najchętniej do Austrii. Do kraju Mozarta nie trafił, wybrał bowiem futbolową emigrację za naszą zachodnią granicę.
Denis Thomalla w barwach RB Lipsk potrafił strzelić gola nawet PSG
Nowe życie w 2. Bundeslidze
Na przełomie 2015 i 2016 roku doszło w drużynie z Badenii-Wirtembergii do sporych zmian w ataku. Zespół opuścili m.in. Andreas Voglsammer (trafił do Arminii Bielefeld) czy Daniel Frahn, który wybrał ofertę trzecioligowego Chemnitzer FC (właśnie na następcę tego piłkarza przede wszystkim awizowano Thomallę).
23-latek bardzo szybko zaaklimatyzował się w nowym otoczeniu. Dobrze wyglądał w sparingach (Heidenheim notowało bardzo dobre rezultaty, wygrywając m.in. z Austrią Wiedeń czy niedawnym finalistą Ligi Europy Dnipro Dniepropietrowsk), w pierwszym spotkaniu rundy rewanżowej z Fortuną Düsseldorf wszedł jeszcze z ławki, ale od następnego z Sandhausen (bez Jakuba Koseckiego w składzie, Polak leczył kontuzję) był już zawodnikiem pierwszej jedenastki. Wtedy też strzelił pierwszego gola na drugoligowych boiskach, głową pokonując Marco Knallera – bramkarza Sandhausen.
Licznik trafień zatrzymał się na razie na cyfrze trzy (w 10 meczach na poziomie 2. Bundesligi). Pokazały one walory, które były reklamowane, kiedy mający polskie korzenie napastnik przychodził zawojować naszą ligę. Umiejętność wykańczania sytuacji bramkowych i instynkt rasowego strzelca. W spotkaniu z St. Pauli dobiegł do odbitej niefortunnie przez bramkarza St. Pauli Robina Himmelmanna piłki i oddał celne uderzenie na bramkę hamburskiej ekipy. Z kolei w spotkaniu z FSV Frankfurt wykorzystał znakomite podanie z głębi pola Roberta Straussa.










